Obudził ją głośny dźwięk tarcia o siebie dwóch metali. Otworzyła zamglone oczy i dostrzegła stojącego nad nią Grzegorza z metalowym widelcem i rondlem w dłoniach. Nawet kiedy widział, że dziewczyna już się obudziła, nie przestawał uderzać sztućcem o garnek. Maria usiadła ciężko na swoim posłaniu, nie patrząc na mężczyznę, który wreszcie zaczął odchodzić w głąb namiotu.
- Śniadanie!- krzyknął na odchodne i usiadł przy stole, zabierając się za jedzenie.
Dziewczynie nie śpieszyło się zbytnio na posiłek, ponieważ była zbyt przestraszona i zdezorientowana, by myśleć o jakimkolwiek jedzeniu. Rozejrzała się dokoła, w szczególności za siebie, by spojrzeć na leżące tam poprzedniej nocy dzieci. Ich łóżka były puste i dokładnie zaścielone, więc rozejrzała się jeszcze dokładniej po przestrzeni namiotu i dostrzegła małe postaci, siedzące na podłodze z miskami w dłoniach. Nadal były brudne, a ich nieumyte włosy zwisały w tłustych strąkach na ich wychudzonych twarzach. Same sylwetki dzieci przypominały bardziej kościste manekiny,naciągnięte białym materiałem , można by wręcz policzyć wszystkie ich kości, wystające spod cienkiej skóry. Ich wygląd świadczył tylko o tym, że zostały zabrane wprost z ulicy, najprawdopodobniej były sierotami, które musiały same przeżyć w tym miejskim piekle Moskwy. Dziewczyna wstała powoli, bo wciąż była obolała po wydarzeniach z poprzedniej nocy. W pomieszczeniu było chłodno, więc założyła na siebie kurtkę. Szare światło wpadające do namiotu przez otwarte wejście, zwiastowało dopiero co wstający świt. Przezwyciężając swój strach i narastającą panikę przed spotkaniem z porywaczami, powolnym krokiem podeszła do stołu zajętym przez żołnierzy.Nie dostrzegła przy nich ich dowódcy, co przeraziło ją jeszcze bardziej, bo wiedziała, że tylko on ma nad nimi kontrolę. Kiedy stanęła przy Grzegorzu, podał jej miskę z podejrzaną zawartością, ona jednak odepchnęła ją dłonią. Wzruszył tylko ramionami i sam zaczął zajadać się jej śniadaniem.
- Usiądź.- Jeden z żołnierzy podsunął jej krzesło.
Podziękowała cicho i usiadła na skrzypiącym siedzisku. Patrzyła wciąż na wychudzone dzieci, które postawiły właśnie miski obok siebie i rozmawiały cicho między sobą. Bardzo im współczuła i wciąż nie mogła uwierzyć jaki los spotyka wychowanków ulicy. Jak trudno było im przeżyć w otoczeniu wojen, śmierci i zarazy. Będąc wciąż za murami bezpiecznego świata, nie zdawała sobie nawet sprawy, co dzieje się poza nimi, jak bardzo była na to wszystko ślepa. Pomyślała o swoim ojcu, który projektując coraz to potężniejszą broń, przyczyniał się w części do tego koszmaru mieszkańców Europy. Do oczu napłynęły jej łzy, które szybko otarła brudną ręką, zostawiając na twarzy ciemne smugi kurzu i błota.
- Jeżeli chodzi o dzieci, to nie musisz się nimi przejmować- powiedział jeden z żołnierzy, Igor, przerywając nagle ciszę.- Kiedy je znaleźliśmy, były w o wiele gorszym stanie. Teraz są dla nas wdzięczne za wyciągnięcie z tego bagna w jakim żyły. Zapewne już dawno byłyby martwe, gdyby nie my.
- Racja, a szczury i Bóg wie, jakie cholerstwo, już dawno zeżarłyby je razem z kośćmi- powiedział Paweł, drapiąc się po swojej wielkiej bliźnie.
- Powiedz nam, dlaczego chodziłaś sama po ulicy? Bogacze raczej nie wyciągają nosa ze swoich pałacyków.
Maria zawahała się przez chwilę, ale stwierdzając, że cokolwiek by powiedziała, raczej i tak ją zabiją, zwróciła się do wszystkich żołnierzy:
- To nie wasz zasrany interes- mówiąc to, kropelki śliny uciekały z jej ust.
Po krótkiej ciszy wszyscy przyjaciele spojrzeli na siebie i wybuchli głośnym, niepohamowanym śmiechem.
Śmiali się długo, a dziewczyna patrzyła na nich tępo, nie wiedząc, co zrobić, kiedy ze strony wejścia rozległ się gniewny głos ich naczelnego Tomasza:
- Co jest tak zabawne, że zamiast pracować, siedzicie tu i śmiejecie się na całą okolicę?
- Pułkowniku, ta "młoda dama" stwierdziła, że to nie nasz "zasrany interes", dokąd to ona chadza o tak późnych porach, kiedy to ją znaleźliśmy- zameldował Drzewiec, ocierając łzy śmiechu z kącików oczu.
Nastolatka z miną jak ostrze noża, wpatrywała się zamglonymi oczami w powierzchnię stołu, czekając na reakcję Leszczyńskiego, który zdjął z siebie grubą kurtkę w kolorze moro i powiesił ciężki karabin na prowizorycznej szafce na broń, stojącej blisko wejścia. Nagle podszedł do Marii i uśmiechając się, położył jej rękę na ramieniu.
- Będą z ciebie ludzie, Mario. Język masz cięty jak swoje spojrzenie,- powiedział, dodając ze śmiechem- może przydasz nam się nie tylko do pomocy przy dzieciach, ale też przy negocjacjach z przeciwną stroną.
Po raz pierwszy od przybycia tutaj, śmiała się cała kompania, a wraz z nimi ich nowa wychowanka.
Po śniadaniu pułkownik wstał i powiedział:
- Nie jesteś tu długo, ale zapamiętaj jedną zasadę: każdy ponosi winę za swoje czyny. Zrobisz coś dobrego- zostajesz naszym bohaterem, ale kiedy twój czyn sprawi, że splamisz swój honor- spotka cię kara, na jaką zasłużyłaś.
- Jesteśmy drużyną. Każdy z nas. Ale nie ty i nie te sieroty- ostry ton Grega rozniósł się po całym namiocie.- Jesteś tylko kolejną zdobyczą, zwykłą niewolnicą. Nigdy nie zasłużysz na nasz szacunek.
Kończąc, splunął na ziemię i wytarł resztki śliny rękawem. Żaden z żołnierzy nie odezwał się ani słowem, by choć części zaprzeczyć, wszyscy wstali od stołu i zaczęli zajmować się swoimi zajęciami.
- Chodź, pokażę ci, co masz robić- Igor zwrócił się do Marii i wyszedł z namiotu.- Tu są wiadra. Za tymi skałami, paręset metrów stąd, jest jedyna w okolicy nieskażona i niezamarznięta studnia. Musisz napełnić dziesięć takich wiader- wskazał na stare zardzewiałe przedmioty, włożone jedno w drugie obok wejścia. Na niektórych widoczne były ślady spawania, zapewne w celu ich załatania.
- Tak jest.
- Kiedy skończysz, wlej ją do plastikowych bukłaków. Stoją tam, przy beczce. W szopie, za namiotem, jest łopata. Zgarnij śnieg sprzed wejścia. Posprzątaj podwórko, ale niczego nie wyrzucaj, zostaw w szopie.- Wskazał przestrzeń za namiotem.- Musisz zająć się dziećmi. Kiedy ty będziesz pracowała, one też mają swoje zajęcia, ale jak skończą, zaczniesz je uczyć. Od czego rozpoczniesz, pozostawiam wybór tobie. No i na koniec zrobisz obiad. Musisz oszczędzać, bo mamy małe zapasy. Zima jest ciężka. Potem zobaczymy, na co się jeszcze możesz przydać. No co tak stoisz? Do roboty!
- Mam pytanie.- Spojrzała niepewnie na żołnierza.
- Tak?- zobojętniały ton głosu słychać było na milę.
- Hmmm... bo ja nigdy w życiu nie gotowałam, więc jak mam to zrobić?
- Tak to już jest z rozpieszczonymi księżniczkami. Mówisz nigdy w życiu? Ten jedyny raz cię nauczę, a teraz bierz wiadra i biegiem do studni!
Maria obróciła się na pięcie, aż śnieg zaskrzypiał pod ciężkimi butami. Wzięła dwa wiadra w obie ręce i udała się w miejsce wskazane przez Igora.
"Paręset metrów" okazało się być dwoma kilometrami. Strome skalne schody przyprawiały nastolatkę o dotąd niespotykane objawy lęku wysokości. Zamarznięty lód sprawił, że była o krok od skręcenia sobie karku. Po ciężkiej wędrówce natrafiła na białą polanę, a na jej samym środku starą, rozpadającą się studnię. Kiedy do niej dotarła i przekonała się w jak opłakanym jest stanie, postawiła na kruszącej się cegle wiadra i już miała nabrać do nich wody, kiedy nagle znieruchomiała.
"Zaraz, zaraz-pomyślała.- Dlaczego pozwolili mi pójść samej? Przecież mogę uciec..."
Oparła się na studni, a suchy mech pobrudził jej kurtkę. Przecież to takie łatwe, myślała dalej, mogę przejść naokoło. Rozglądnęła się wokół polany, by upewnić się, że nie jest śledzona.
Ale w jej sercu narastały wątpliwości. Obawiała się, była przestraszona. A co, jeżeli zostanie odnaleziona? Jeżeli znów ją złapią. Myślała dalej, a minusowa temperatura zaczęła jej coraz bardziej doskwierać.
- Nie mam wyboru- szepnęła, ale echo jej słów rozniosło się aż za skały.- Wracam do domu.
Na jej drodze pojawił się kolejny problem- nie miała pojęcia jak ma dojść do domu, przecież przez całą drogę do miejsca pobytu jej oprawców była uwiązana i siedziała wewnątrz ich czołgu. Postanowiła, że ruszy kawałek naprzód, a potem zawróci, omijając żołnierzy. Ruszyła więc przez śnieżną przeszkodę w stronę leżącego naprzeciwko lasu. Narastający wiatr niczym lodowy bicz smagał jej twarz i resztę odkrytego ciała. Posuwała się powoli, mrużąc oczy przed drobinkami mroźnego pyłu. Zajęło jej wiele czasu, zanim przekroczyła próg lasu, ale od tamtego momentu wiatr momentalnie ucichł, a ona mogła wreszcie otworzyć oczy. Zdała sobie sprawę, że w dłoniach trzyma ciężkie wiadra i natychmiast rzuciła je w gałązki już dawno łysego krzewu. Nie miała przy sobie żadnego jedzenia ani wody, a cały jej ekwipunek został w obozie.
Wędrowała tak już od jakiegoś czasu, aż wreszcie postanowiła zawrócić i ruszyć w dobrą stronę. Do domu. Do miejsca, którego do tej pory tak nienawidziła, a za którym teraz tęskniła.
Szła już od trzech godzin pod leśną osłoną, niepewna czy idzie właściwą drogą, czy już dawno kroczy błędną. Jej brzuch warczał niczym stado wściekłych psów i natychmiastowo domagał się choćby odrobiny pokarmu.
- Nie martw się, kiedy wrócimy, moi rodzice zrobią mi na powitanie wielki tort. I każą służbie usmażyć steka. Najesz się za te wszystkie lata jedzenia czerstwego chleba i zgniłych pomidorów. Do tego kradzionych.
Splunęła na ziemię, chociaż jej usta i język były suche.
Po kolejnym czasie niepewnego posuwania się naprzód była już pewna, że zabłądziła.
- Jasna cholera- nie była w stanie krzyczeć, choć bardzo tego pragnęła.- Zgubiłam się.
$$$
- Czy mi się tylko wydaje, czy ta dziewczyna już dawno powinna nam stawiać obiad na stole?
Pytanie Tomasza nie obyło się bez kąśliwej odpowiedzi Grzegorza:
- Nie spodziewałem się, że jesteście tak głupi, z całym szacunkiem pułkowniku, żeby nie domyślić się, że dziewczyna ucieknie.
- Nie, to ty jesteś idiotą, bo nam tego nie powiedziałeś!- Paweł aż wstał ze swojego siedziska.
- A może zamarzła?- propozycja znalezienia odpowiedzi padła ze strony Igora.
- Możliwe. Co nie zmienia faktu, że trzeba będzie odnaleźć ją albo jej martwe truchło- Dowódca był już w trakcie nakładania kurtki.- Paweł jedziesz ze mną w stronę miasta, Igor pójdzie na polanę, może trzeba ją ratować. A ty, Grzegorzu, zostaniesz tutaj i wszystkiego dopilnujesz. No, już ruszamy.
- Ale dlaczego akurat ja mam zostać?
- Bo gdybyśmy odnaleźli ją żywą, zabiłbyś ją pierwszą znalezioną gałązką.
- W życiu bym tego nie zrobił. Niech mi pułkownik pozwoli...
- To był rozkaz!
Jednak zaprzeczeniom Grega nie można wierzyć, ponieważ w ludzkich oczach znajdziemy całą prawdę. Jego oczy płonęły gorącym żarem śmierci.
$$$
- Czy ja już tego drzewa nie mijam siedem razy?- powoli gasnący głos, całkowicie pozbawiony był nadziei- Nawet korę bym zjadła i popiła zakażoną deszczówką.
Między gałęziami drzew i wieczną mgłą można było dostrzec granatowe niebo nocy. Po długotrwałej wędrówce Maria zdała sobie sprawę, że mijając cały las, ani razu nie rozpoznała drzewa liściastego, jakby jej mała roślinka była jedyną w okolicy. Dziewczyna miała już dość, więc usiadła na mokrym śniegu i postanowiła chwilę odetchnąć. Wiele przykrych rzeczy spotkało ją od czasu wyjścia na drogę, co spowodowało, że zaczęła tęsknić za domem.
Tęsknić za bratem, którego tak kochała. Tęsknić za mamą, która nie interesowała się nią od kiedy pamiętała. Nawet za swoim ojcem, tyranem, tchórzem, materialistą. Czy jemu w ogóle zależało na rodzinie? Ale to przecież nieważne. Ważne, że miała gdzie mieszkać. Może nawet ich kochała?
Kiedy nie szła, zaczynała rozmyślać, a to w tej chwili nie było rozsądne. Podniosła się i ruszyła dalej.
Po kolejnym długim okresie błądzenia między konarami i skrajnym wykończeniu nieprzystosowanego organizmu, nastolatka zaczęła dostrzegać coś niepokojąco różniącego się od dotychczasowego krajobrazu. Daleko na lewo od leśnej krainy śniegu, ledwo widoczna była szara powierzchnia.
- Nie jestem pewna, bo mój wzrok działa na ostatniej kresce baterii, ale to chyba jest droga.
Nadzieja i siły powróciły natychmiast. Biegła szybciej niż mogłaby uwierzyć, że potrafi.
Wreszcie wyskoczyła spomiędzy drzew wprost na popękaną betonową drogę. Tę, która prowadzi do jej domu.
- Kocham moich rodziców! Nie wiem za co, ale w tej chwili kocham ich ponad życie.- Jej głos znów odzyskał dawną siłę.
Rozpostarła ramiona i wdychała mroźne powietrze, gdy zza zakrętu rozległ się dźwięk zepsutego traktora i przed jej oblicze wyjechał potężny czołg, z którym zdążyła się już zapoznać.
- O cholera.
$$$
Był już późny poranek, kiedy w domu Sorokinów budziło się życie. Kiedy cała rodzina krzątała się, wykonując swoje obowiązki, tylko jedna osoba nie zjawiła się na lekcje u swojego prywatnego nauczyciela.
- Czy ta dziewczyna nie ma zamiaru pobierać dziś nauk?- powiedziała, coraz bardziej zdenerwowana, matka Marii.- Niech ktoś po nią pójdzie.
Służąca wchodząc do pokoju dziewczyny, zastała tylko posłane łóżko i otwarte okno.
- Pani Sorokin- głośny krzyk służącej rozległ się po całym domu.- Maria zniknęła!
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz