Obudził ją głośny dźwięk tarcia o siebie dwóch metali. Otworzyła zamglone oczy i dostrzegła stojącego nad nią Grzegorza z metalowym widelcem i rondlem w dłoniach. Nawet kiedy widział, że dziewczyna już się obudziła, nie przestawał uderzać sztućcem o garnek. Maria usiadła ciężko na swoim posłaniu, nie patrząc na mężczyznę, który wreszcie zaczął odchodzić w głąb namiotu.
- Śniadanie!- krzyknął na odchodne i usiadł przy stole, zabierając się za jedzenie.
Dziewczynie nie śpieszyło się zbytnio na posiłek, ponieważ była zbyt przestraszona i zdezorientowana, by myśleć o jakimkolwiek jedzeniu. Rozejrzała się dokoła, w szczególności za siebie, by spojrzeć na leżące tam poprzedniej nocy dzieci. Ich łóżka były puste i dokładnie zaścielone, więc rozejrzała się jeszcze dokładniej po przestrzeni namiotu i dostrzegła małe postaci, siedzące na podłodze z miskami w dłoniach. Nadal były brudne, a ich nieumyte włosy zwisały w tłustych strąkach na ich wychudzonych twarzach. Same sylwetki dzieci przypominały bardziej kościste manekiny,naciągnięte białym materiałem , można by wręcz policzyć wszystkie ich kości, wystające spod cienkiej skóry. Ich wygląd świadczył tylko o tym, że zostały zabrane wprost z ulicy, najprawdopodobniej były sierotami, które musiały same przeżyć w tym miejskim piekle Moskwy. Dziewczyna wstała powoli, bo wciąż była obolała po wydarzeniach z poprzedniej nocy. W pomieszczeniu było chłodno, więc założyła na siebie kurtkę. Szare światło wpadające do namiotu przez otwarte wejście, zwiastowało dopiero co wstający świt. Przezwyciężając swój strach i narastającą panikę przed spotkaniem z porywaczami, powolnym krokiem podeszła do stołu zajętym przez żołnierzy.Nie dostrzegła przy nich ich dowódcy, co przeraziło ją jeszcze bardziej, bo wiedziała, że tylko on ma nad nimi kontrolę. Kiedy stanęła przy Grzegorzu, podał jej miskę z podejrzaną zawartością, ona jednak odepchnęła ją dłonią. Wzruszył tylko ramionami i sam zaczął zajadać się jej śniadaniem.
- Usiądź.- Jeden z żołnierzy podsunął jej krzesło.
Podziękowała cicho i usiadła na skrzypiącym siedzisku. Patrzyła wciąż na wychudzone dzieci, które postawiły właśnie miski obok siebie i rozmawiały cicho między sobą. Bardzo im współczuła i wciąż nie mogła uwierzyć jaki los spotyka wychowanków ulicy. Jak trudno było im przeżyć w otoczeniu wojen, śmierci i zarazy. Będąc wciąż za murami bezpiecznego świata, nie zdawała sobie nawet sprawy, co dzieje się poza nimi, jak bardzo była na to wszystko ślepa. Pomyślała o swoim ojcu, który projektując coraz to potężniejszą broń, przyczyniał się w części do tego koszmaru mieszkańców Europy. Do oczu napłynęły jej łzy, które szybko otarła brudną ręką, zostawiając na twarzy ciemne smugi kurzu i błota.
- Jeżeli chodzi o dzieci, to nie musisz się nimi przejmować- powiedział jeden z żołnierzy, Igor, przerywając nagle ciszę.- Kiedy je znaleźliśmy, były w o wiele gorszym stanie. Teraz są dla nas wdzięczne za wyciągnięcie z tego bagna w jakim żyły. Zapewne już dawno byłyby martwe, gdyby nie my.
- Racja, a szczury i Bóg wie, jakie cholerstwo, już dawno zeżarłyby je razem z kośćmi- powiedział Paweł, drapiąc się po swojej wielkiej bliźnie.
- Powiedz nam, dlaczego chodziłaś sama po ulicy? Bogacze raczej nie wyciągają nosa ze swoich pałacyków.
Maria zawahała się przez chwilę, ale stwierdzając, że cokolwiek by powiedziała, raczej i tak ją zabiją, zwróciła się do wszystkich żołnierzy:
- To nie wasz zasrany interes- mówiąc to, kropelki śliny uciekały z jej ust.
Po krótkiej ciszy wszyscy przyjaciele spojrzeli na siebie i wybuchli głośnym, niepohamowanym śmiechem.
Śmiali się długo, a dziewczyna patrzyła na nich tępo, nie wiedząc, co zrobić, kiedy ze strony wejścia rozległ się gniewny głos ich naczelnego Tomasza:
- Co jest tak zabawne, że zamiast pracować, siedzicie tu i śmiejecie się na całą okolicę?
- Pułkowniku, ta "młoda dama" stwierdziła, że to nie nasz "zasrany interes", dokąd to ona chadza o tak późnych porach, kiedy to ją znaleźliśmy- zameldował Drzewiec, ocierając łzy śmiechu z kącików oczu.
Nastolatka z miną jak ostrze noża, wpatrywała się zamglonymi oczami w powierzchnię stołu, czekając na reakcję Leszczyńskiego, który zdjął z siebie grubą kurtkę w kolorze moro i powiesił ciężki karabin na prowizorycznej szafce na broń, stojącej blisko wejścia. Nagle podszedł do Marii i uśmiechając się, położył jej rękę na ramieniu.
- Będą z ciebie ludzie, Mario. Język masz cięty jak swoje spojrzenie,- powiedział, dodając ze śmiechem- może przydasz nam się nie tylko do pomocy przy dzieciach, ale też przy negocjacjach z przeciwną stroną.
Po raz pierwszy od przybycia tutaj, śmiała się cała kompania, a wraz z nimi ich nowa wychowanka.
Po śniadaniu pułkownik wstał i powiedział:
- Nie jesteś tu długo, ale zapamiętaj jedną zasadę: każdy ponosi winę za swoje czyny. Zrobisz coś dobrego- zostajesz naszym bohaterem, ale kiedy twój czyn sprawi, że splamisz swój honor- spotka cię kara, na jaką zasłużyłaś.
- Jesteśmy drużyną. Każdy z nas. Ale nie ty i nie te sieroty- ostry ton Grega rozniósł się po całym namiocie.- Jesteś tylko kolejną zdobyczą, zwykłą niewolnicą. Nigdy nie zasłużysz na nasz szacunek.
Kończąc, splunął na ziemię i wytarł resztki śliny rękawem. Żaden z żołnierzy nie odezwał się ani słowem, by choć części zaprzeczyć, wszyscy wstali od stołu i zaczęli zajmować się swoimi zajęciami.
- Chodź, pokażę ci, co masz robić- Igor zwrócił się do Marii i wyszedł z namiotu.- Tu są wiadra. Za tymi skałami, paręset metrów stąd, jest jedyna w okolicy nieskażona i niezamarznięta studnia. Musisz napełnić dziesięć takich wiader- wskazał na stare zardzewiałe przedmioty, włożone jedno w drugie obok wejścia. Na niektórych widoczne były ślady spawania, zapewne w celu ich załatania.
- Tak jest.
- Kiedy skończysz, wlej ją do plastikowych bukłaków. Stoją tam, przy beczce. W szopie, za namiotem, jest łopata. Zgarnij śnieg sprzed wejścia. Posprzątaj podwórko, ale niczego nie wyrzucaj, zostaw w szopie.- Wskazał przestrzeń za namiotem.- Musisz zająć się dziećmi. Kiedy ty będziesz pracowała, one też mają swoje zajęcia, ale jak skończą, zaczniesz je uczyć. Od czego rozpoczniesz, pozostawiam wybór tobie. No i na koniec zrobisz obiad. Musisz oszczędzać, bo mamy małe zapasy. Zima jest ciężka. Potem zobaczymy, na co się jeszcze możesz przydać. No co tak stoisz? Do roboty!
- Mam pytanie.- Spojrzała niepewnie na żołnierza.
- Tak?- zobojętniały ton głosu słychać było na milę.
- Hmmm... bo ja nigdy w życiu nie gotowałam, więc jak mam to zrobić?
- Tak to już jest z rozpieszczonymi księżniczkami. Mówisz nigdy w życiu? Ten jedyny raz cię nauczę, a teraz bierz wiadra i biegiem do studni!
Maria obróciła się na pięcie, aż śnieg zaskrzypiał pod ciężkimi butami. Wzięła dwa wiadra w obie ręce i udała się w miejsce wskazane przez Igora.
"Paręset metrów" okazało się być dwoma kilometrami. Strome skalne schody przyprawiały nastolatkę o dotąd niespotykane objawy lęku wysokości. Zamarznięty lód sprawił, że była o krok od skręcenia sobie karku. Po ciężkiej wędrówce natrafiła na białą polanę, a na jej samym środku starą, rozpadającą się studnię. Kiedy do niej dotarła i przekonała się w jak opłakanym jest stanie, postawiła na kruszącej się cegle wiadra i już miała nabrać do nich wody, kiedy nagle znieruchomiała.
"Zaraz, zaraz-pomyślała.- Dlaczego pozwolili mi pójść samej? Przecież mogę uciec..."
Oparła się na studni, a suchy mech pobrudził jej kurtkę. Przecież to takie łatwe, myślała dalej, mogę przejść naokoło. Rozglądnęła się wokół polany, by upewnić się, że nie jest śledzona.
Ale w jej sercu narastały wątpliwości. Obawiała się, była przestraszona. A co, jeżeli zostanie odnaleziona? Jeżeli znów ją złapią. Myślała dalej, a minusowa temperatura zaczęła jej coraz bardziej doskwierać.
- Nie mam wyboru- szepnęła, ale echo jej słów rozniosło się aż za skały.- Wracam do domu.
Na jej drodze pojawił się kolejny problem- nie miała pojęcia jak ma dojść do domu, przecież przez całą drogę do miejsca pobytu jej oprawców była uwiązana i siedziała wewnątrz ich czołgu. Postanowiła, że ruszy kawałek naprzód, a potem zawróci, omijając żołnierzy. Ruszyła więc przez śnieżną przeszkodę w stronę leżącego naprzeciwko lasu. Narastający wiatr niczym lodowy bicz smagał jej twarz i resztę odkrytego ciała. Posuwała się powoli, mrużąc oczy przed drobinkami mroźnego pyłu. Zajęło jej wiele czasu, zanim przekroczyła próg lasu, ale od tamtego momentu wiatr momentalnie ucichł, a ona mogła wreszcie otworzyć oczy. Zdała sobie sprawę, że w dłoniach trzyma ciężkie wiadra i natychmiast rzuciła je w gałązki już dawno łysego krzewu. Nie miała przy sobie żadnego jedzenia ani wody, a cały jej ekwipunek został w obozie.
Wędrowała tak już od jakiegoś czasu, aż wreszcie postanowiła zawrócić i ruszyć w dobrą stronę. Do domu. Do miejsca, którego do tej pory tak nienawidziła, a za którym teraz tęskniła.
Szła już od trzech godzin pod leśną osłoną, niepewna czy idzie właściwą drogą, czy już dawno kroczy błędną. Jej brzuch warczał niczym stado wściekłych psów i natychmiastowo domagał się choćby odrobiny pokarmu.
- Nie martw się, kiedy wrócimy, moi rodzice zrobią mi na powitanie wielki tort. I każą służbie usmażyć steka. Najesz się za te wszystkie lata jedzenia czerstwego chleba i zgniłych pomidorów. Do tego kradzionych.
Splunęła na ziemię, chociaż jej usta i język były suche.
Po kolejnym czasie niepewnego posuwania się naprzód była już pewna, że zabłądziła.
- Jasna cholera- nie była w stanie krzyczeć, choć bardzo tego pragnęła.- Zgubiłam się.
$$$
- Czy mi się tylko wydaje, czy ta dziewczyna już dawno powinna nam stawiać obiad na stole?
Pytanie Tomasza nie obyło się bez kąśliwej odpowiedzi Grzegorza:
- Nie spodziewałem się, że jesteście tak głupi, z całym szacunkiem pułkowniku, żeby nie domyślić się, że dziewczyna ucieknie.
- Nie, to ty jesteś idiotą, bo nam tego nie powiedziałeś!- Paweł aż wstał ze swojego siedziska.
- A może zamarzła?- propozycja znalezienia odpowiedzi padła ze strony Igora.
- Możliwe. Co nie zmienia faktu, że trzeba będzie odnaleźć ją albo jej martwe truchło- Dowódca był już w trakcie nakładania kurtki.- Paweł jedziesz ze mną w stronę miasta, Igor pójdzie na polanę, może trzeba ją ratować. A ty, Grzegorzu, zostaniesz tutaj i wszystkiego dopilnujesz. No, już ruszamy.
- Ale dlaczego akurat ja mam zostać?
- Bo gdybyśmy odnaleźli ją żywą, zabiłbyś ją pierwszą znalezioną gałązką.
- W życiu bym tego nie zrobił. Niech mi pułkownik pozwoli...
- To był rozkaz!
Jednak zaprzeczeniom Grega nie można wierzyć, ponieważ w ludzkich oczach znajdziemy całą prawdę. Jego oczy płonęły gorącym żarem śmierci.
$$$
- Czy ja już tego drzewa nie mijam siedem razy?- powoli gasnący głos, całkowicie pozbawiony był nadziei- Nawet korę bym zjadła i popiła zakażoną deszczówką.
Między gałęziami drzew i wieczną mgłą można było dostrzec granatowe niebo nocy. Po długotrwałej wędrówce Maria zdała sobie sprawę, że mijając cały las, ani razu nie rozpoznała drzewa liściastego, jakby jej mała roślinka była jedyną w okolicy. Dziewczyna miała już dość, więc usiadła na mokrym śniegu i postanowiła chwilę odetchnąć. Wiele przykrych rzeczy spotkało ją od czasu wyjścia na drogę, co spowodowało, że zaczęła tęsknić za domem.
Tęsknić za bratem, którego tak kochała. Tęsknić za mamą, która nie interesowała się nią od kiedy pamiętała. Nawet za swoim ojcem, tyranem, tchórzem, materialistą. Czy jemu w ogóle zależało na rodzinie? Ale to przecież nieważne. Ważne, że miała gdzie mieszkać. Może nawet ich kochała?
Kiedy nie szła, zaczynała rozmyślać, a to w tej chwili nie było rozsądne. Podniosła się i ruszyła dalej.
Po kolejnym długim okresie błądzenia między konarami i skrajnym wykończeniu nieprzystosowanego organizmu, nastolatka zaczęła dostrzegać coś niepokojąco różniącego się od dotychczasowego krajobrazu. Daleko na lewo od leśnej krainy śniegu, ledwo widoczna była szara powierzchnia.
- Nie jestem pewna, bo mój wzrok działa na ostatniej kresce baterii, ale to chyba jest droga.
Nadzieja i siły powróciły natychmiast. Biegła szybciej niż mogłaby uwierzyć, że potrafi.
Wreszcie wyskoczyła spomiędzy drzew wprost na popękaną betonową drogę. Tę, która prowadzi do jej domu.
- Kocham moich rodziców! Nie wiem za co, ale w tej chwili kocham ich ponad życie.- Jej głos znów odzyskał dawną siłę.
Rozpostarła ramiona i wdychała mroźne powietrze, gdy zza zakrętu rozległ się dźwięk zepsutego traktora i przed jej oblicze wyjechał potężny czołg, z którym zdążyła się już zapoznać.
- O cholera.
$$$
Był już późny poranek, kiedy w domu Sorokinów budziło się życie. Kiedy cała rodzina krzątała się, wykonując swoje obowiązki, tylko jedna osoba nie zjawiła się na lekcje u swojego prywatnego nauczyciela.
- Czy ta dziewczyna nie ma zamiaru pobierać dziś nauk?- powiedziała, coraz bardziej zdenerwowana, matka Marii.- Niech ktoś po nią pójdzie.
Służąca wchodząc do pokoju dziewczyny, zastała tylko posłane łóżko i otwarte okno.
- Pani Sorokin- głośny krzyk służącej rozległ się po całym domu.- Maria zniknęła!
Kompania Comsza
niedziela, 7 czerwca 2015
piątek, 6 marca 2015
3.Ludzie bardziej obawiają się śmierci niż bólu.
Poczuła jak mimo zimna jej twarz oblewa się gorącem. To wzbierający gniew rozgrzewał jej ciało, które poruszało się teraz niczym larwa, wijąc się i szamocąc na barku napastnika. On najwidoczniej wcale się tym nie przejmował, ale kiedy Maria wbiła w jego szerokie plecy paznokcie prawej ręki, co najwyraźniej go zabolało, będąc już we wnętrzu czołgu brutalnie rzucił ją w ciasny kąt pojazdu. By dziewczyna jeszcze bardziej pożałowała swojego czynu, kopnął ją w brzuch metalowym czubem żołnierskich butów. Kiedy została uderzona poczuła jak jej wnętrzności przewracają się w środku, a krew napływa do ust. Nie mogła już trzymać jej między zębami i metaliczna ciecz wydostała się na zewnątrz, brudząc szmatę zakrywającą jej usta. Łzy bólu spływały po policzkach i wchłaniały się w materiał. Miała wrażenie, że jej żebra połamały się na tysiące małych kawałków i ostre końce kości przebijały płuca, a ona z trudem łapała oddech.
Pojazd kołysał się miarowo, słychać było głośny terkot silnika, ale żołnierze nie odzywali się do siebie. Maria miała wrażenie, że jadą całą wieczność, ból powoli mijał, a ona zastanawiała się co będzie dalej. Zabiją ją? Może kiedy dowiedzą się kim jest, zażądają okupu? Choć wcześniej myślała, że nie boi się niczego, a w szczególności śmierci, to właśnie teraz śmierć stała się jej najgorszym wrogiem.
By nie wracać do tego myślami, Maria spróbowała przypomnieć sobie jak wygląda pojazd, w którym się znajdowała. Potężny czołg, stworzony z najnowocześniejszej technologii, najwyraźniej nie był produkcji rosyjskiej. Styl wykonania wskazywałby na Polskę, lecz mógłby być również amerykański. Pokrywały go czarne matowe płyty, które, jak wydawało się nastolatce, służyły do kamuflażu. Zapewne liczne sprzęty w środku sprawiały, że mógłby przyjąć jakąkolwiek barwę otoczenia.
By nie wracać do tego myślami, Maria spróbowała przypomnieć sobie jak wygląda pojazd, w którym się znajdowała. Potężny czołg, stworzony z najnowocześniejszej technologii, najwyraźniej nie był produkcji rosyjskiej. Styl wykonania wskazywałby na Polskę, lecz mógłby być również amerykański. Pokrywały go czarne matowe płyty, które, jak wydawało się nastolatce, służyły do kamuflażu. Zapewne liczne sprzęty w środku sprawiały, że mógłby przyjąć jakąkolwiek barwę otoczenia.
Nie mogła już dalej myśleć o czołgu, bo wciąż wracało do niej pytanie- co będzie dalej?
W tym momencie kołysanie się skończyło i poczuła jak ktoś znów zarzuca ją na barki, ale tym razem delikatniej. Jednak mając nadal zasłonięte, mokre od łez oczy, nie wiedziała dokąd idą.
- Grzegorz, dobrze wiesz, że Maszyna nie lubi krwi u cywili. Kiedy wyjdzie, że to ty, niech cię Bóg chroni przed jego gniewem- usłyszała jak człowiek, który niósł ją na ramionach, gniewnym szeptem zwrócił się do towarzysza.
- Możesz się odwalić? Nie mów mi co mam robić, bo to ścierwo, które masz na ramionach, zasłużyło na jeszcze większą karę. Blizna po jej pazurach zostanie mi do końca mojego życia- mówiąc to, z grymasem na twarzy masował zranione ramię.
- Jakże marnego życia- odezwał się ich trzeci kompan z kpiną w głosie.
Jednak Grzegorz nie odpowiedział na jego zaczepkę, wiedząc, że może skończyć się to nieprzyjemną bójką. Było ich trzech. Najlepsi przyjaciele. Ale mieli jeszcze kogoś ponad sobą, który także nie stronił od ich towarzystwa. "Maszyna".
Wraz z końcem ich rozmowy, Maria poczuła, że zatrzymują się i zmieniają otoczenie. Wcześniej zimowy wiatr mroził jej odsłonięte części ciała, kiedy teraz już go nie czuła. W powietrzu unosił się zapach wilgotnej gleby i czegoś jeszcze. Niosący ją żołnierz położył jej unieruchomione ciało na mokrej ziemi i odszedł.
- Pułkowniku Tomaszu Leszczyński melduję przybycie- powiedział jeden z żołnierzy stając na baczność.
- Witaj, Pawle! Mógłbyś mi powiedzieć, kiedy wreszcie zaczniesz zwracać się do mnie normalnie, między przyjaciółmi nie potrzebuję żadnych tytułów.- ton pułkownika Leszczyńskiego był głęboki i poważny.- Kto to jest?
Spojrzał pytająco w stronę leżącej Marii.
- To nasze nowe znalezisko, głupia błąkała się sama po ulicy i tak to się skończyło- dumnie odrzekł Grzegorz.
Tomasz powoli podszedł do dziewczyny i z niezadowoleniem spojrzał na zakrwawioną szmatę, osłaniającą jej usta. Nie powiedział jednak nic, choć żołnierze dobrze wiedzieli, że to mu się nie spodobało. Wyciągnął rękę i zdjął materiały zakrywające usta i oczy uwięzionej. Nastolatka nie widziała na początku nic, tylko rozmazany obraz, ale już po kilku sekundach jej wzrok się przystosował do ciepłego światła. Znajdowała się w wielkim zielonym namiocie oświetlonym wieloma lampami, a kucający naprzeciw niej mężczyzna przyglądał się uważnie.
- Chłopcy, myślę, że powinniście przeprosić tą dziewczynę- na jego twarzy pojawił się uśmiech.- To nie żadna Rosjanka, lecz prawdziwa Polka z krwi i kości.
Na twarzach kompanii pojawiło się zdumienie.
- Nie patrzcie tak, tylko ją rozwiążcie.
Zrobili jak kazał im dowódca i pomagając jej wstać, zaprowadzili do plastikowego składanego stołu, stojącego na środku namiotu. Usiadła ostrożnie na krześle zrobionym z tego samego materiału, a żołnierze zasiedli na pozostałych.
- A teraz może nam się przedstawisz?- dowódca podał jej metalowy kubek z wodą.
Spojrzała na niego i niepewnie wzięła kubek. Jego niebieskie oczy, jasne jak letnie niebo, nadawały całemu wyrazowi twarzy oziębłości, choć uśmiechał się przyjaźnie.
- Na imię mam Maria- odpowiedziała po dłuższym milczeniu.
- Jakie nosisz nazwisko? Twój ubiór świadczy, że pochodzisz z bogatej rodziny- tym razem pytanie zadał inny żołnierz, młody brunet z krótko przyciętymi włosami i hipnotyzującymi szarymi oczami.
- Ja...- zająkała się Maria pewna, że kiedy odkryją kim jest, będą chcieli ją zabić.- W tym kraju moje nazwisko brzmi Sorokin.
Wiedziała, że ukrywanie tego nie ma sensu, bo i tak czeka ją śmierć.
Wszyscy obecni zdziwili się mocno, a na ich twarzach wstąpił gniew. Jeden z żołnierzy, Grzegorz, wstał raptownie i krzyknął:
- To jest nawet gorsze od Rosjanina. Paweł, trzeba było ją zastrzelić na samym początku.
Maria pomyślała to samo, przynajmniej oszczędziliby jej tyle bólu.
Jednak ktoś myślał inaczej.
- Greg, uspokój się, dobrze? Nie każdy musi pójść w ślady ojca- ów Paweł przytrzymał wściekłego przyjaciela i posadził go z powrotem na krzesło.
- Jednak to nadal córka zdrajcy polskiego narodu. Co mamy w takim razie z nią zrobić?- najmłodszy z żołnierzy zwrócił się do swojego dowódcy.
Wszyscy zachowywali się, jakby nie było z nimi Marii, jednak ona wcale się temu nie dziwiła.
- Myślę, że masz rację, więc będzie musiała być pod ciągłą obserwacją, ale póki co nie widzę potrzeby, żeby ją zabijać. Myślę, że może się nam przydać. Kiedy będziemy na treningu lub na warcie, ona może uczyć języka polskiego nasze, jak wy to nazywacie, ludzkie matrioszki. Mario, mówisz po rosyjsku, prawda?
Dziewczyna tylko kiwnęła głową.
- To dobrze. Zdejmij te kożuchy, bo się zgrzejesz. Drzewiec, daj jej jakąś kromkę chleba i wskaż miejsce spania. Rano się nią zajmiemy, a teraz miejcie na nią oko.
Paweł, nazywany przez pułkownika Leszczyńskiego Drzewcem, wstał posłusznie i zaprowadził Marię w odległy kąt namiotu. Zdjęła po drodze niepotrzebne okrycia i zatrzymała się przed rozkładanym polowym łóżkiem. Było typowe dla żołnierskiego trybu życia. Nie zajmujące wiele miejsca, o ciemnym materiale leżyska. Coś jednak bardzo zdziwiło dziewczynę. Za jej nowym łóżkiem były jeszcze cztery takie, na których leżały śpiące dzieci. Były brudne i młodsze od niej o kilka lat.
- Pewnie nie jesteś przyzwyczajona do takich warunków, ale będziesz musiała przywyknąć. Radzę ci szybko zasnąć, bo nie pośpisz tu długo. A i smacznego- podał je kilka kromek chleba i odszedł do swoich towarzyszy siedzących nadal przy stole.
Maria nie zdziwiła się dlaczego nazywają go Drzewcem. Kiedy spojrzała na jego odsłonięte przedramię, zauważyła sporej wielkości bliznę, wyglądającą jak kawałek kory. Była ciemna i pomarszczona, w ogóle nie przypominająca normalnych blizn.
Nastolatka usiadła na leżaku i jadła chleb. Nie chciała tak szybko zasypiać, tyle myśli krążyło jej po głowie. Żeby się czymś zająć, spojrzała na szepczących między sobą żołnierzy. Wszyscy wyglądali dojrzale, nawet ten najmłodszy, który miał najwyżej siedemnaście lat. Jednak jej największą uwagę przykuł ich dowódca, Tomasz Leszczyński. Miał smukłą twarz,wąskie usta i zaczesane do tyłu brązowe włosy. Wyglądał na ponad trzydzieści lat, choć jego poważny wyraz twarzy i kilka zmarszczek, świadczyły, że przeżył zdecydowanie za dużo jak na swój wiek. Jednak to oczy mówią wszystko, Maria nie zdążyła się im przyjrzeć, ale wiedziała dobrze, że kryje się w nich dużo bólu. Przeniosła wzrok na następną osobę. Grzegorz. Choć miał polskie imię, to zdecydowanie nim nie był. Jego jasne blond włosy i drobne oczy położone blisko wąskiego nosa, gdzie dochodziły do tego pełne usta i gładka cera, mogłyby świadczyć, że jest amerykanem . Wyglądał na bardzo przystojnego, jednak zachowanie nie wskazywało na piękne serce. Lecz mogła się mylić. Za to miły wydawał się Drzewiec. Jego przyjacielski wyraz twarzy sprawiał, że obdarzało się go zaufaniem. Choć był młody, krótko przycięte ciemne włosy i broda nadawały mu powagi. Jako ostatnim, którego nastolatka obdarzyła spojrzeniem zanim się położyła, był najmłodszy żołnierz. Zastanawiało ją jakim sposobem chłopak, który tak jak ona był jeszcze nastolatkiem, choć zapewne już niedługo stanie się pełnoletnim mężczyzną, był w otoczeniu tak dojrzałych ludzi. Jego delikatne rysy twarzy sprawiały, że nie wyglądał zbyt poważnie, jednak oczy mówiły co innego. Można w nich było zauważyć, że przeżył równie dużo tragicznych rzeczy, co sam Tomasz Leszczyński.
Nie zastanawiając się długo nad jej położeniem, Maria położyła głowę na prowizorycznej poduszce zrobionej z czapki, szalika i bluzy, okryła się swoją kurtką i zapadła w sen.
Jej ostatnią myślą było zadanie sobie pytania, czy jednak nie lepiej byłoby, gdyby zastrzelili ją na samym początku.
Bo to, co później ją spotka, sprawi, że przez długi czas nie będzie mogła spać spokojnie.
- Grzegorz, dobrze wiesz, że Maszyna nie lubi krwi u cywili. Kiedy wyjdzie, że to ty, niech cię Bóg chroni przed jego gniewem- usłyszała jak człowiek, który niósł ją na ramionach, gniewnym szeptem zwrócił się do towarzysza.
- Możesz się odwalić? Nie mów mi co mam robić, bo to ścierwo, które masz na ramionach, zasłużyło na jeszcze większą karę. Blizna po jej pazurach zostanie mi do końca mojego życia- mówiąc to, z grymasem na twarzy masował zranione ramię.
- Jakże marnego życia- odezwał się ich trzeci kompan z kpiną w głosie.
Jednak Grzegorz nie odpowiedział na jego zaczepkę, wiedząc, że może skończyć się to nieprzyjemną bójką. Było ich trzech. Najlepsi przyjaciele. Ale mieli jeszcze kogoś ponad sobą, który także nie stronił od ich towarzystwa. "Maszyna".
Wraz z końcem ich rozmowy, Maria poczuła, że zatrzymują się i zmieniają otoczenie. Wcześniej zimowy wiatr mroził jej odsłonięte części ciała, kiedy teraz już go nie czuła. W powietrzu unosił się zapach wilgotnej gleby i czegoś jeszcze. Niosący ją żołnierz położył jej unieruchomione ciało na mokrej ziemi i odszedł.
- Pułkowniku Tomaszu Leszczyński melduję przybycie- powiedział jeden z żołnierzy stając na baczność.
- Witaj, Pawle! Mógłbyś mi powiedzieć, kiedy wreszcie zaczniesz zwracać się do mnie normalnie, między przyjaciółmi nie potrzebuję żadnych tytułów.- ton pułkownika Leszczyńskiego był głęboki i poważny.- Kto to jest?
Spojrzał pytająco w stronę leżącej Marii.
- To nasze nowe znalezisko, głupia błąkała się sama po ulicy i tak to się skończyło- dumnie odrzekł Grzegorz.
Tomasz powoli podszedł do dziewczyny i z niezadowoleniem spojrzał na zakrwawioną szmatę, osłaniającą jej usta. Nie powiedział jednak nic, choć żołnierze dobrze wiedzieli, że to mu się nie spodobało. Wyciągnął rękę i zdjął materiały zakrywające usta i oczy uwięzionej. Nastolatka nie widziała na początku nic, tylko rozmazany obraz, ale już po kilku sekundach jej wzrok się przystosował do ciepłego światła. Znajdowała się w wielkim zielonym namiocie oświetlonym wieloma lampami, a kucający naprzeciw niej mężczyzna przyglądał się uważnie.
- Chłopcy, myślę, że powinniście przeprosić tą dziewczynę- na jego twarzy pojawił się uśmiech.- To nie żadna Rosjanka, lecz prawdziwa Polka z krwi i kości.
Na twarzach kompanii pojawiło się zdumienie.
- Nie patrzcie tak, tylko ją rozwiążcie.
Zrobili jak kazał im dowódca i pomagając jej wstać, zaprowadzili do plastikowego składanego stołu, stojącego na środku namiotu. Usiadła ostrożnie na krześle zrobionym z tego samego materiału, a żołnierze zasiedli na pozostałych.
- A teraz może nam się przedstawisz?- dowódca podał jej metalowy kubek z wodą.
Spojrzała na niego i niepewnie wzięła kubek. Jego niebieskie oczy, jasne jak letnie niebo, nadawały całemu wyrazowi twarzy oziębłości, choć uśmiechał się przyjaźnie.
- Na imię mam Maria- odpowiedziała po dłuższym milczeniu.
- Jakie nosisz nazwisko? Twój ubiór świadczy, że pochodzisz z bogatej rodziny- tym razem pytanie zadał inny żołnierz, młody brunet z krótko przyciętymi włosami i hipnotyzującymi szarymi oczami.
- Ja...- zająkała się Maria pewna, że kiedy odkryją kim jest, będą chcieli ją zabić.- W tym kraju moje nazwisko brzmi Sorokin.
Wiedziała, że ukrywanie tego nie ma sensu, bo i tak czeka ją śmierć.
Wszyscy obecni zdziwili się mocno, a na ich twarzach wstąpił gniew. Jeden z żołnierzy, Grzegorz, wstał raptownie i krzyknął:
- To jest nawet gorsze od Rosjanina. Paweł, trzeba było ją zastrzelić na samym początku.
Maria pomyślała to samo, przynajmniej oszczędziliby jej tyle bólu.
Jednak ktoś myślał inaczej.
- Greg, uspokój się, dobrze? Nie każdy musi pójść w ślady ojca- ów Paweł przytrzymał wściekłego przyjaciela i posadził go z powrotem na krzesło.
- Jednak to nadal córka zdrajcy polskiego narodu. Co mamy w takim razie z nią zrobić?- najmłodszy z żołnierzy zwrócił się do swojego dowódcy.
Wszyscy zachowywali się, jakby nie było z nimi Marii, jednak ona wcale się temu nie dziwiła.
- Myślę, że masz rację, więc będzie musiała być pod ciągłą obserwacją, ale póki co nie widzę potrzeby, żeby ją zabijać. Myślę, że może się nam przydać. Kiedy będziemy na treningu lub na warcie, ona może uczyć języka polskiego nasze, jak wy to nazywacie, ludzkie matrioszki. Mario, mówisz po rosyjsku, prawda?
Dziewczyna tylko kiwnęła głową.
- To dobrze. Zdejmij te kożuchy, bo się zgrzejesz. Drzewiec, daj jej jakąś kromkę chleba i wskaż miejsce spania. Rano się nią zajmiemy, a teraz miejcie na nią oko.
Paweł, nazywany przez pułkownika Leszczyńskiego Drzewcem, wstał posłusznie i zaprowadził Marię w odległy kąt namiotu. Zdjęła po drodze niepotrzebne okrycia i zatrzymała się przed rozkładanym polowym łóżkiem. Było typowe dla żołnierskiego trybu życia. Nie zajmujące wiele miejsca, o ciemnym materiale leżyska. Coś jednak bardzo zdziwiło dziewczynę. Za jej nowym łóżkiem były jeszcze cztery takie, na których leżały śpiące dzieci. Były brudne i młodsze od niej o kilka lat.
- Pewnie nie jesteś przyzwyczajona do takich warunków, ale będziesz musiała przywyknąć. Radzę ci szybko zasnąć, bo nie pośpisz tu długo. A i smacznego- podał je kilka kromek chleba i odszedł do swoich towarzyszy siedzących nadal przy stole.
Maria nie zdziwiła się dlaczego nazywają go Drzewcem. Kiedy spojrzała na jego odsłonięte przedramię, zauważyła sporej wielkości bliznę, wyglądającą jak kawałek kory. Była ciemna i pomarszczona, w ogóle nie przypominająca normalnych blizn.
Nastolatka usiadła na leżaku i jadła chleb. Nie chciała tak szybko zasypiać, tyle myśli krążyło jej po głowie. Żeby się czymś zająć, spojrzała na szepczących między sobą żołnierzy. Wszyscy wyglądali dojrzale, nawet ten najmłodszy, który miał najwyżej siedemnaście lat. Jednak jej największą uwagę przykuł ich dowódca, Tomasz Leszczyński. Miał smukłą twarz,wąskie usta i zaczesane do tyłu brązowe włosy. Wyglądał na ponad trzydzieści lat, choć jego poważny wyraz twarzy i kilka zmarszczek, świadczyły, że przeżył zdecydowanie za dużo jak na swój wiek. Jednak to oczy mówią wszystko, Maria nie zdążyła się im przyjrzeć, ale wiedziała dobrze, że kryje się w nich dużo bólu. Przeniosła wzrok na następną osobę. Grzegorz. Choć miał polskie imię, to zdecydowanie nim nie był. Jego jasne blond włosy i drobne oczy położone blisko wąskiego nosa, gdzie dochodziły do tego pełne usta i gładka cera, mogłyby świadczyć, że jest amerykanem . Wyglądał na bardzo przystojnego, jednak zachowanie nie wskazywało na piękne serce. Lecz mogła się mylić. Za to miły wydawał się Drzewiec. Jego przyjacielski wyraz twarzy sprawiał, że obdarzało się go zaufaniem. Choć był młody, krótko przycięte ciemne włosy i broda nadawały mu powagi. Jako ostatnim, którego nastolatka obdarzyła spojrzeniem zanim się położyła, był najmłodszy żołnierz. Zastanawiało ją jakim sposobem chłopak, który tak jak ona był jeszcze nastolatkiem, choć zapewne już niedługo stanie się pełnoletnim mężczyzną, był w otoczeniu tak dojrzałych ludzi. Jego delikatne rysy twarzy sprawiały, że nie wyglądał zbyt poważnie, jednak oczy mówiły co innego. Można w nich było zauważyć, że przeżył równie dużo tragicznych rzeczy, co sam Tomasz Leszczyński.
Nie zastanawiając się długo nad jej położeniem, Maria położyła głowę na prowizorycznej poduszce zrobionej z czapki, szalika i bluzy, okryła się swoją kurtką i zapadła w sen.
Jej ostatnią myślą było zadanie sobie pytania, czy jednak nie lepiej byłoby, gdyby zastrzelili ją na samym początku.
Bo to, co później ją spotka, sprawi, że przez długi czas nie będzie mogła spać spokojnie.
sobota, 31 stycznia 2015
2 .Istnieje cel, lecz nie ma drogi.
Tchórz.
Tak właśnie o ojcu myślała Maria.
Zdrajca.
Maria nie pozostawiała na nim suchej nitki. Wiedziała skąd pochodzi i była z tego dumna. Była Polką. Nie przyznawała się do trzymania strony Polski w towarzystwie ojca, ale kiedy tylko nie było go w pobliżu, śmiało wygłaszała swoje zdanie. Za co srogo karała ją matka. Nie przejmowała się tym. Dobrze znała powód, dla którego jej ojciec zdradził kraj. Dla pieniędzy.
Materialista.
Miała do niego urazę. Owszem kochała go, pamiętała cudowne dziecięce lata, zanim przeprowadzili się do Moskwy. Profesor obdarzał ją i jej brata mnóstwem uwagi i miłości. Wtedy była szczęśliwa i bardzo za tym tęskniła, ale to już czas przeszły. Teraz tata nawet nie próbował rozmawiać, choć chwilę, krótka pogawędka. Wolał pracować i zarabiać. Dziewczyna okropnie się nudziła, siedząc w domu. W czasach wojny dzieci nie chodziły do szkoły, w ogóle się nie uczyły, większość z nich pewnie nie żyła, a rodzice jedli zupę z ich mięsa, bo tylko tak mogli przeżyć. Niektórzy nie byli w stanie się przełamać i umierali z głodu obok swojego najukochańszego dziecka zakopanego w pobliżu. Jej to jednak nigdy nie groziło, miała na dodatek wykształcenie. Prywatny nauczyciel mieszkał na ich posiadłości, by nie ryzykować wyjścia na ulicę. Maria i Michał byli bardzo wykształceni, wiedzą i umiejętnościami wyprzedzali rówieśników. Nauka zajmowała jej czas, dużo czytała, czasem też sama coś pisała. Od kiedy zaczęła grać na pianinie, był to kolejny element wypełniający pusty dzień. Były jednak takie godziny, kiedy nie miała ochoty na żadną z tych rzeczy. Chciałaby mieć koleżanki, wychodzić z nimi na spacery, plotkować, na jej poziomie wykształcenia - dyskutować o nauce. Nienawidziła wojny i nienawidziła ojca. Było jej szkoda ofiar, było jej szkoda samej siebie. Widziała kiedyś, stojąc w ogrodzie i wisząc na żelaznym ogrodzeniu wokół ich domu, jak doszło do strzelaniny, jak w jej wyniku porywali kobiety i dzieci, jak na jej oczach zostały zabite. Już nigdy więcej nie patrzyła przez ogrodzenie.
Maria słuchała się rodziców, ta dziewczyna to istny anioł, można by rzec. Ale nie do końca. Jedyną, chyba największą jaką mogła popełnić względem ojca i matki zbrodnią, było wyjście poza teren posiadłości. Surowo zabronione, niedopuszczalne wydostanie się za żelazne ogrodzenie. To właśnie robiła Maria. Co kilka dni, oknem umieszczonym z tyłu domu, przedostawała się poza bezpieczny teren i szła w kierunku, przez nikogo wcześniej nieodkrytego, zawaliska kilku budynków, gdzie tylko jeden z nich, malutka chatka, przetrwał. Miejsce to oddalone było od jej domu o jakieś trzy kilometry, gdzie tę drogę pokonywała głównie nocą. Nie bała się niczego, a w szczególności śmierci. Na to było już za późno.
Miejsce, do którego szła, było wyjątkowe. Rosło tam, tak rzadko już spotykane, drzewo, malutki dąb z kilkoma zaledwie listkami i cienką łodyżką. Dziewczyna dbała o niego jak tylko mogła, ale roślince brakowało słońca. Za każdym razem, kiedy się tam udawała, miała ze sobą dwie dwulitrowe butelki z wodą. Promienie słoneczne nie docierały do ziemi, skutecznie blokowane przez pyły i gazy istniejące w tym zanieczyszczonym powietrzu. Maria przyłapywała się często na rozmowie z drzewkiem, była pewna, że roślinka utrzymuje się tylko dzięki jej miłości. Nadała jej nawet imię. Było to jedyne stworzenie, na którym jej zależało, oprócz brata, z którym była bardzo zżyta. Ten dąb to jej przyjaciel, jej odskocznia od czterech ścian. I broniłaby go bez względu na wszystko.
Tak właśnie o ojcu myślała Maria.
Zdrajca.
Maria nie pozostawiała na nim suchej nitki. Wiedziała skąd pochodzi i była z tego dumna. Była Polką. Nie przyznawała się do trzymania strony Polski w towarzystwie ojca, ale kiedy tylko nie było go w pobliżu, śmiało wygłaszała swoje zdanie. Za co srogo karała ją matka. Nie przejmowała się tym. Dobrze znała powód, dla którego jej ojciec zdradził kraj. Dla pieniędzy.
Materialista.
Miała do niego urazę. Owszem kochała go, pamiętała cudowne dziecięce lata, zanim przeprowadzili się do Moskwy. Profesor obdarzał ją i jej brata mnóstwem uwagi i miłości. Wtedy była szczęśliwa i bardzo za tym tęskniła, ale to już czas przeszły. Teraz tata nawet nie próbował rozmawiać, choć chwilę, krótka pogawędka. Wolał pracować i zarabiać. Dziewczyna okropnie się nudziła, siedząc w domu. W czasach wojny dzieci nie chodziły do szkoły, w ogóle się nie uczyły, większość z nich pewnie nie żyła, a rodzice jedli zupę z ich mięsa, bo tylko tak mogli przeżyć. Niektórzy nie byli w stanie się przełamać i umierali z głodu obok swojego najukochańszego dziecka zakopanego w pobliżu. Jej to jednak nigdy nie groziło, miała na dodatek wykształcenie. Prywatny nauczyciel mieszkał na ich posiadłości, by nie ryzykować wyjścia na ulicę. Maria i Michał byli bardzo wykształceni, wiedzą i umiejętnościami wyprzedzali rówieśników. Nauka zajmowała jej czas, dużo czytała, czasem też sama coś pisała. Od kiedy zaczęła grać na pianinie, był to kolejny element wypełniający pusty dzień. Były jednak takie godziny, kiedy nie miała ochoty na żadną z tych rzeczy. Chciałaby mieć koleżanki, wychodzić z nimi na spacery, plotkować, na jej poziomie wykształcenia - dyskutować o nauce. Nienawidziła wojny i nienawidziła ojca. Było jej szkoda ofiar, było jej szkoda samej siebie. Widziała kiedyś, stojąc w ogrodzie i wisząc na żelaznym ogrodzeniu wokół ich domu, jak doszło do strzelaniny, jak w jej wyniku porywali kobiety i dzieci, jak na jej oczach zostały zabite. Już nigdy więcej nie patrzyła przez ogrodzenie.
Maria słuchała się rodziców, ta dziewczyna to istny anioł, można by rzec. Ale nie do końca. Jedyną, chyba największą jaką mogła popełnić względem ojca i matki zbrodnią, było wyjście poza teren posiadłości. Surowo zabronione, niedopuszczalne wydostanie się za żelazne ogrodzenie. To właśnie robiła Maria. Co kilka dni, oknem umieszczonym z tyłu domu, przedostawała się poza bezpieczny teren i szła w kierunku, przez nikogo wcześniej nieodkrytego, zawaliska kilku budynków, gdzie tylko jeden z nich, malutka chatka, przetrwał. Miejsce to oddalone było od jej domu o jakieś trzy kilometry, gdzie tę drogę pokonywała głównie nocą. Nie bała się niczego, a w szczególności śmierci. Na to było już za późno.
Miejsce, do którego szła, było wyjątkowe. Rosło tam, tak rzadko już spotykane, drzewo, malutki dąb z kilkoma zaledwie listkami i cienką łodyżką. Dziewczyna dbała o niego jak tylko mogła, ale roślince brakowało słońca. Za każdym razem, kiedy się tam udawała, miała ze sobą dwie dwulitrowe butelki z wodą. Promienie słoneczne nie docierały do ziemi, skutecznie blokowane przez pyły i gazy istniejące w tym zanieczyszczonym powietrzu. Maria przyłapywała się często na rozmowie z drzewkiem, była pewna, że roślinka utrzymuje się tylko dzięki jej miłości. Nadała jej nawet imię. Było to jedyne stworzenie, na którym jej zależało, oprócz brata, z którym była bardzo zżyta. Ten dąb to jej przyjaciel, jej odskocznia od czterech ścian. I broniłaby go bez względu na wszystko.
$$$
Na cyfrowym zegarku w sypialni Marii była druga w nocy. Wszyscy już spali, ale nie ona. Leżała ubrana w ciemne jeansy i kalesony, bo rosyjska zima bywa naprawdę mroźna. Czarna bluza z kapturem była tak gruba, że dziewczyna zaczynała się powoli pocić. Ciepła kurtka wisząca na krześle obok biurka czekała aż za chwilę zostanie użyta, a wypastowane wojskowe buty stały przy łóżku w gotowości. Nastolatka leżała przykryta kocem i rozmyślała. Robiła tak zawsze, kiedy miała się udać do swojej kryjówki. Jej myśli często wędrowały w odległe krainy, spokojne, pełne szczęścia. Tej nocy była w Grecji.Dużo o niej czytała, to znaczy, o miejscu, które kiedyś było Grecją, bo ona już nie istnieje. Zniszczona przez tureckie wojska, dawno zamieniła się w pył. Większość mieszkańców zginęła, a reszta uciekła tam, gdzie ich zdaniem było bezpiecznie. Ale nigdzie nie jest i nie będzie. Spojrzała na zegarek. Już czas. Odrzuciła koc,stawiając nogi na zimnych panelach. Włożyła i starannie zasznurowała buty, narzuciła na siebie kurtkę. Jeszcze tylko skórzane rękawice i wełniana czapka, wszystko w czarnym kolorze. Podeszła do plecaka stojącego pod oknem, postawiła go na biurku i jeszcze raz sprawdziła czy wszystko spakowała. Miała: dwie butelki wody dla swojego drzewka, scyzoryk, szalik, latarkę, kompas, kanapki i herbat. To oznacza, że była gotowa. Zarzuciła go na plecy i ostatni raz spojrzała na swój pokój ogarnięty ciemnością. Potężne łóżko stało naprzeciw okna tak, że kiedy na nim leżała, miała przed sobą wielką panoramę opustoszałego miasta. Często widziała stąd czerwone kule ognia wznoszące się nad niebo, oznaczające wybuchy bomb gdzieś w centrum Moskwy. Nie lubiła tego widoku, nie mogła nawet spojrzeć na gwiazdy, bo pyły unoszące się w powietrzu skutecznie to utrudniały. Mahoniowe biurko tuż obok łóżka służyło jej do odrabiana prac domowych, a szafa pełna ubrań była tylko zapełnieniem tego przestrzennego pomieszczenia. Nie wychodziła poza teren swojego domu, więc zwykle nosiła to samo, przebierając się , kiedy jeden strój był w praniu. Najwięcej miejsca w jej pokoju zajmował czarny fortepian, dość często używany, ale bez jakichkolwiek śladów zniszczeń. W rogu pokoju stała mała maszyna w kształcie prostopadłościanu. pełna różnokolorowych diod, rozjaśniała lekką poświatą pokój. Było to urządzenie przetwarzające dwutlenek węgla w niezbędny do życia tlen. Kiedy duża powierzchnia lasów została wykarczowana, naukowcy zaczęli pracować nad nowymi możliwościami utrzymania życia na Ziemi. Od kilku lat owa maszyna stoi w każdym pokoju bogatego obywatela.
Nawet gdyby Maria postanowiła wyjść i nigdy nie wrócić, to by nie żałowała. I tak nie miała do czego i do kogo wracać.
Odwróciła się w stronę okna i otworzyła je na oścież. Już wcześniej przygotowana drabinka, czekała tylko na przerzucenie jej przez parapet. Kiedy dziewczyna to zrobiła, ostrożnie po niej zeszła i już na ziemi rozglądnęła się dokoła. Pusto. Wystarczy tylko przejść przez zasypany śniegiem trawnik i przeskoczyć przez ogrodzenie. Udała się w tamtą stronę po świeżo nasypanym puchu i nagle znieruchomiała. Usłyszała jakiś dziwny dźwięk, ale kiedy rozglądnęła się i zauważyła jej psa merdającego przyjaźnie ogonem, natychmiast się uspokoiła.
- Idź stąd, Eronusie- szepnęła i machnęła ręką.- Buda. Już.
Olbrzymi dog niemiecki posłusznie wrócił na swoje posłanie, był szkolony u najlepszych treserów. Przyjazny dla swoich właścicieli, nie patyczkowałby się z obcym człowiekiem na jego terenie. Nie każdy mógł pozwolić sobie na zwierzę, tylko osoby tak wysoko postawione jak profesor Witold, miały pieniądze i kontakty, aby zdobyć coś tak rzadkiego jak pies. Na ulicach nie było już żadnych zwierząt poza szczurami i karaluchami, bo wszystkie zginęły wraz z ludźmi. Spokojna już Maria, ruszyła w stronę ogrodzenia. Stawiała stopy bardzo powoli i ostrożnie i choć wiedziała, że strażnik nie usłyszałby chrzęstu śniegu z tak daleka, to wolała nie ryzykować. Kiedy stanęła już przy żelaznym murze o wysokości blisko dwóch metrów, nie zastanawiała się długo. Podskoczyła wysoko, złapała się za stożki będące zakończeniem ogrodzenia. Podciągnęła się, jedną nogę przerzuciła przez bramę, potem drugą i skoczyła na śnieżną zaspę. Oprócz wody za kołnierzem, wyszła z tego bez szwanku. Już po drugiej stronie posiadłości, na wolnej przestrzeni, udała się prosto w kierunku zburzonych budynków. Z tej odległości nie widziała tego miejsca, ale idąc wciąż naprzód przez puste białe pole, powoli dostrzegała zarysy okruchów budowli. Po jakichś trzydziestu minutach stanęła przed jedynym ocalałym domkiem. Tworzył go dach z pospawanych ze sobą kawałków blach i kruszące się czerwone cegły będące ścianami. Nie posiadał on ani drzwi, ani okien, tylko puste po ich otwory. Maria weszła do pomieszczenia, postawiła na podłodze plecak, wyciągając z niego dwie butelki wody i latarkę. Z włączoną już latarką, udała się na lewo od domku, ku zburzonym budynkom. Między nimi znajdowało się jej drzewo. Przykryte stelażem z drutu i szmat, by do końca nie zmarzło, tkwiło tam jak zawsze. Nastolatka podniosła prowizoryczne okrycie i podlała roślinkę. Kiedy skończyła, lekko pogładziła suchy listek dębu.
- Oj, malutka, nie wiem czy przeżyjesz tą zimę. Chyba będzie dla ciebie za ciężka, zresztą sama nie wiem czy ja ją przeżyje. Prędzej strzelę sobie w łeb.- smutno zaśmiała się dziewczyna, powoli wstając- No, wykonałam zadanie, trzymaj się mój dzielny żołnierzu.
Ponownie okryła drzewo stelażem i udała się z powrotem do blaszanego budynku. Będąc już w nim, usiadła na małej ławeczce stojącej pod ścianą. Wyciągnęła z plecaka termos z herbatą i kanapkę. Rozwinęła opakowanie i powoli przeżuwała starą bułkę. Nie przeszkadzało jej, że jadła w nocy, jej matka nie gotowała za często i nie za bardzo przejmowała się burczeniem w brzuchu dzieci. Podkradziona z kuchni bułka ze starym serem i bezsmakowym pomidorem, była w tej chwili smaczniejsza niż najznakomitsze danie. Kiedy skończyła jeść i popiła to wszystko herbatą, uznała, że czas ruszać w drogę powrotną. Zebrała rzeczy i udała się w stronę jej posiadłości. Szła tak i rozmyślała, aż zatrzymała się w pól kroku. Od domu dzieliło ją jakieś dwadzieścia minut, a od drogi, którą przechadzali się ludzie... niewiele mniej.
" Przestań, nawet o tym nie myśl"- skarciła się w myślach Maria. Ale co jeśli udałaby się na tą drogę? Przecież mogliby tam być ludzie, żołnierze utrzymują patrole, uzbrojone pojazdy co raz przemierzają ulice. Tak, ale jeżeli w tym momencie nikogo by nie było? "Przecież to nic wielkiego, krótka chwila, a ja nigdy nie byłam na drodze"- wciąż biła się z myślami-" Ale rodzice... gdyby się dowiedzieli... No cóż, skoro do tej pory niczego się nie domyślili, to czemu mieliby zrobić to teraz?" Jeszcze krótka wymiana myśli i nastolatka zrobiła krok w stronę zakazanego miejsca. To było dla niej jak jabłko dla Ewy, a jej wężem był zdradziecki mózg i zawzięte serce. Szła tak, porównując siebie do biblijnej historii, aż wreszcie pokonała ostatnie metry rozległego pola i jej stopy stanęły na twardym betonowym podłożu. To zadziwiające jak blisko siebie było to śnieżne pole i pole walki, będące ulicą. Tak jak spodziewała się dziewczyna, teren był pusty z wyjątkiem szczura przemieszczającego się między gruzami betonu. Jednak, choć Maria nie zauważyła tu nikogo prócz tego zwierzęcia, postanowiła nie ryzykować i wyciągnęła ze swojego plecaka scyzoryk, który włożyła do kieszeni kurtki. Świecąca nad nią latarnia, ukazywała przestrzeń wokół niej bardzo dokładnie, tak że nastolatka widziała pęknięcia na powierzchni starego i zużytego betonu. Z miejsca w którym stała, widziała dwa końce drogi, z których jeden- ten na lewo, prowadził do centrum miasta, a ten na prawo- na jego obrzeża, gdzie mieszkała. Postanowiła, że uda się do domu ulicą, a nie polem, jak wcześniej. Skręciła, więc w prawo i powolnym krokiem udała się ku posiadłości. Nie zaszła daleko, kiedy usłyszała głośny dźwięk jakby zepsutego traktora. Odwróciła się szybko i natychmiast cała struchlała. W jej stronę, zadziwiająco szybko, pędził czołg. "Głupia, teraz szykuj się na śmierć za swoje błędy"- zdążyła pomyśleć nim strach całkowicie przejął jej zmysły. Jeden jasny przesmyk mózgu kazał jej szybko uciekać, ale ona nie była w stanie. Na dobry początek zrobiła krok w tył z zamiarem odwrócenia się i, przezwyciężając swoje zdrętwiałe mięśnie, ruszyć biegiem w stronę domu. Ale kiedy cofnęła się, z górnej klapy czołgu wyszedł żołnierz celując w dziewczynę karabinem.
-Не перемещайте или я буду стрелять- zagroził po rosyjsku żołnierz.
Przerażona dziewczyna pod groźbą ostrzału nie miała zamiaru nigdzie uciekać, więc posłusznie stała w miejscu. Przez jej myśl przewinął się dziwny akcent mężczyzny, ale już za chwilę dowiedziała się skąd pochodził.
- Ej, chłopaki!- wrzasnął po polsku do wnętrza pojazdu- Patrzcie, ruska dziewucha. To się nam Maszyna ucieszy. Bierzcie liny i do roboty!
- Wiesz dobrze, że nie jest zadowolony, kiedy sprowadzamy jeńców. No, ale niech ci będzie, w razie problemu ją zastrzelimy. Grzegorz! Bierz te szmaty i idziemy zanim nam ucieknie.- odparł mu przytłumiony głos.
Maria słysząc Polaków pomyślała, że skoro są z tej samej ojczyzny, to może uda jej się jakoś z nimi porozmawiać. Już miała powiedzieć im, że wcale nie jest "ruską dziewuchą", ale mężczyzna z karabinem wyskoczył z czołgu wciąż do niej celując, kiedy tuż za nim wyszli dwaj żołnierze trzymający linę i kawałek materiału. Stała nieruchomo, obawiając się, że kiedy się poruszy, zostanie przeszyta serią z karabinu. Żołnierze w tym czasie zaczęli obwiązywać jej nogi i ręce, zakneblowali jej usta, a na koniec zasłonili oczy. Zobaczyła tylko ciemność i poczuła, że ktoś brutalnie zarzuca ją na plecy. Tego było już za wiele. Siedzący w niej strach momentalnie stracił na sile, a jego miejsce zastąpił gniew.
- Oj, malutka, nie wiem czy przeżyjesz tą zimę. Chyba będzie dla ciebie za ciężka, zresztą sama nie wiem czy ja ją przeżyje. Prędzej strzelę sobie w łeb.- smutno zaśmiała się dziewczyna, powoli wstając- No, wykonałam zadanie, trzymaj się mój dzielny żołnierzu.
Ponownie okryła drzewo stelażem i udała się z powrotem do blaszanego budynku. Będąc już w nim, usiadła na małej ławeczce stojącej pod ścianą. Wyciągnęła z plecaka termos z herbatą i kanapkę. Rozwinęła opakowanie i powoli przeżuwała starą bułkę. Nie przeszkadzało jej, że jadła w nocy, jej matka nie gotowała za często i nie za bardzo przejmowała się burczeniem w brzuchu dzieci. Podkradziona z kuchni bułka ze starym serem i bezsmakowym pomidorem, była w tej chwili smaczniejsza niż najznakomitsze danie. Kiedy skończyła jeść i popiła to wszystko herbatą, uznała, że czas ruszać w drogę powrotną. Zebrała rzeczy i udała się w stronę jej posiadłości. Szła tak i rozmyślała, aż zatrzymała się w pól kroku. Od domu dzieliło ją jakieś dwadzieścia minut, a od drogi, którą przechadzali się ludzie... niewiele mniej.
" Przestań, nawet o tym nie myśl"- skarciła się w myślach Maria. Ale co jeśli udałaby się na tą drogę? Przecież mogliby tam być ludzie, żołnierze utrzymują patrole, uzbrojone pojazdy co raz przemierzają ulice. Tak, ale jeżeli w tym momencie nikogo by nie było? "Przecież to nic wielkiego, krótka chwila, a ja nigdy nie byłam na drodze"- wciąż biła się z myślami-" Ale rodzice... gdyby się dowiedzieli... No cóż, skoro do tej pory niczego się nie domyślili, to czemu mieliby zrobić to teraz?" Jeszcze krótka wymiana myśli i nastolatka zrobiła krok w stronę zakazanego miejsca. To było dla niej jak jabłko dla Ewy, a jej wężem był zdradziecki mózg i zawzięte serce. Szła tak, porównując siebie do biblijnej historii, aż wreszcie pokonała ostatnie metry rozległego pola i jej stopy stanęły na twardym betonowym podłożu. To zadziwiające jak blisko siebie było to śnieżne pole i pole walki, będące ulicą. Tak jak spodziewała się dziewczyna, teren był pusty z wyjątkiem szczura przemieszczającego się między gruzami betonu. Jednak, choć Maria nie zauważyła tu nikogo prócz tego zwierzęcia, postanowiła nie ryzykować i wyciągnęła ze swojego plecaka scyzoryk, który włożyła do kieszeni kurtki. Świecąca nad nią latarnia, ukazywała przestrzeń wokół niej bardzo dokładnie, tak że nastolatka widziała pęknięcia na powierzchni starego i zużytego betonu. Z miejsca w którym stała, widziała dwa końce drogi, z których jeden- ten na lewo, prowadził do centrum miasta, a ten na prawo- na jego obrzeża, gdzie mieszkała. Postanowiła, że uda się do domu ulicą, a nie polem, jak wcześniej. Skręciła, więc w prawo i powolnym krokiem udała się ku posiadłości. Nie zaszła daleko, kiedy usłyszała głośny dźwięk jakby zepsutego traktora. Odwróciła się szybko i natychmiast cała struchlała. W jej stronę, zadziwiająco szybko, pędził czołg. "Głupia, teraz szykuj się na śmierć za swoje błędy"- zdążyła pomyśleć nim strach całkowicie przejął jej zmysły. Jeden jasny przesmyk mózgu kazał jej szybko uciekać, ale ona nie była w stanie. Na dobry początek zrobiła krok w tył z zamiarem odwrócenia się i, przezwyciężając swoje zdrętwiałe mięśnie, ruszyć biegiem w stronę domu. Ale kiedy cofnęła się, z górnej klapy czołgu wyszedł żołnierz celując w dziewczynę karabinem.
-Не перемещайте или я буду стрелять- zagroził po rosyjsku żołnierz.
Przerażona dziewczyna pod groźbą ostrzału nie miała zamiaru nigdzie uciekać, więc posłusznie stała w miejscu. Przez jej myśl przewinął się dziwny akcent mężczyzny, ale już za chwilę dowiedziała się skąd pochodził.
- Ej, chłopaki!- wrzasnął po polsku do wnętrza pojazdu- Patrzcie, ruska dziewucha. To się nam Maszyna ucieszy. Bierzcie liny i do roboty!
- Wiesz dobrze, że nie jest zadowolony, kiedy sprowadzamy jeńców. No, ale niech ci będzie, w razie problemu ją zastrzelimy. Grzegorz! Bierz te szmaty i idziemy zanim nam ucieknie.- odparł mu przytłumiony głos.
Maria słysząc Polaków pomyślała, że skoro są z tej samej ojczyzny, to może uda jej się jakoś z nimi porozmawiać. Już miała powiedzieć im, że wcale nie jest "ruską dziewuchą", ale mężczyzna z karabinem wyskoczył z czołgu wciąż do niej celując, kiedy tuż za nim wyszli dwaj żołnierze trzymający linę i kawałek materiału. Stała nieruchomo, obawiając się, że kiedy się poruszy, zostanie przeszyta serią z karabinu. Żołnierze w tym czasie zaczęli obwiązywać jej nogi i ręce, zakneblowali jej usta, a na koniec zasłonili oczy. Zobaczyła tylko ciemność i poczuła, że ktoś brutalnie zarzuca ją na plecy. Tego było już za wiele. Siedzący w niej strach momentalnie stracił na sile, a jego miejsce zastąpił gniew.
sobota, 17 stycznia 2015
1.Pieniądz jest dobrym sługą, ale złym panem.
(…) wolność ma wysoką cenę, równie wysoką jak niewola. Jedyna różnica polega na tym, że tę cenę płaci się z przyjemnością i z uśmiechem, nawet jeśli czasem bywa to uśmiech przez łzy.
Paulo Coelho
Profesor Witold Soroszewski, w Rosji znany pod nazwiskiem Sorokin, urodził się na początku dwudziestego wieku w Poznaniu, mieście na terenie Polski. Już w czasach gimnazjalnych wykazywał szczególne zainteresowanie bronią palną. Zbierał czasopisma poświęcone tej tematyce, uczęszczał do klubu strzeleckiego, gdzie zdobywał liczne nagrody. Jego zamiarem nie było korzystanie z broni, chciał ją tworzyć. W tym celu wybrał się na studia do Warszawy. Zostawił ojca- zmęczonego życiem alkoholika, i matkę- zmęczoną tyraniem za dwóch, by wykarmić męża i dziesięcioletnie bliźniaczki. Witold był kelnerem, potrafił na siebie zapracować, a i rodzinie nie pozostał dłużny. Dzięki niemu bliźniaczki miały podręczniki do szkoły i od czasu do czasu- po batoniku. Jednak wizja marnego życia z rodziną zniszczoną przez wódkę i ogromna pasja do broni, zdecydowały o jego przeprowadzce, natychmiast po skończeniu szkoły licealnej. Posiadając zaledwie wartość podwójnej pensji najniższej krajowej, pociągiem zajechał aż na Wydział Mechatroniki i Lotnictwa, gdzie dostał się już wcześniej. Wybrał specjalność związaną z uzbrojeniem i materiałami wybuchowymi. W Warszawie miał wujka, który chętnie zgodził się na przyjazd Witolda, ale miał warunek- chłopak musiał na siebie zapracować. I zapracował. Od poniedziałku do piątku tyrał na uczelni, a w weekendy w restauracji wuja. Znał się na tym, dlatego wuj bardzo cenił sobie jego pracę. Na studiach wykazywał się wielką inteligencją, zdeterminowaniem i talentem, co zaowocowało stanowiskiem profesora na tej właśnie uczelni. Kiedy wprowadzał się do nowego mieszkania w centrum miasta, dostał wiadomość z rodzinnego Poznania, informującą o śmierci ojca, który postanowił ze sobą skończyć. Powiesił się na drzewie czereśni rosnącej w ogrodzie ich domu. Ale Witold nie pojawił się na pogrzebie. Nie mógł. Pamiętał awantury wywołane brakiem flaszki w lodówce, pamiętał ile razy dostał w twarz za niechęć do wyrecytowania wierszyka przy znajomych taty, kiedy dorósł, za obronę matki. Po prostu nie mógł. Jego matka rozumiała, siostry też nie miały mu za złe, szczególnie kiedy na ich konto wpływały co miesiąc pieniądze od dobrego synka i brata. Po tym wydarzeniu profesor zabrał się intensywniej do pracy, a mianowicie zaczął projektować swój pierwszy prototyp karabinu wojskowego. Przedsięwzięcie było utrzymywane w sekrecie, jednak rząd dowie się o wszystkim. Soroszewski spodziewał się sprawy sądowej, jednak tajny wydział NOM, czyli Narodowej Organizacji Militarnej, postanowił o jego zatrudnieniu w ich szeregach.
Profesor pracował tam dopiero od roku, a już stworzony przez niego karabin, właśnie przechodził testy i miał wkrótce trafić na rynek wojskowy. Naukowiec został nieoficjalnie ogłoszony geniuszem roku 2029. Tego samego roku wraz ze swoimi współpracownikami, pojawił się na konferencji w Nowym Jorku, mającej na celu przeprowadzenie dyskusji na temat wprowadzenia nowego typu amunicji. I tam właśnie Soroszewski poznał Anetę- asystentkę jednego z zagranicznych naukowców. Aneta pochodziła z Polski, ale mieszkała w Anglii. Ta piękna kobieta o szczupłej figurze i kasztanowych, krótko ściętych włosach, zatrzęsła światem profesora. Zaczarowały go jej szare oczy i ujmujące dołeczki w policzkach, a kiedy ją lepiej poznał- także osobowość. Aneta była pełną życia i optymizmu, dwudziestosiedmioletnią kobietą. Rozjaśniała ponure życie Witolda. Niedługo potem postanowili, że zamieszkają razem w Warszawie, a po roku szczęścia, wzięli ślub. 12 marca 2031 roku na świat przyszło ich pierwsze dziecko. Malutka Maria była równie piękna co jej matka. Odziedziczyła po niej kasztanowe włosy, stalowe oczy i dołeczki w policzkach, zaś po ojcu pełne usta i niewielki nos. Po narodzinach Aneta zrezygnowała z kariery, myśląc, że kiedyś wróci do zawodu, ale kiedy dwa lata później urodził się Michał, dała sobie spokój. Chłopiec bardzo przypominał swojego ojca, miał gęste czarne włosy, zielone oczy i podobny do siostry mały nos. Tej szczęśliwej rodzinie niczego nie brakowało: kochający się rodzice, wspaniałe dzieci, wysokie zarobki. Profesor cieszył się ojcostwem, jednak przeszkadzały mu zarobki. Kiedy kariera jego żony spełzła na niczym, on piął się w górę. Jego projekty wprowadzane w życie przynosiły i tytuły, i premie, ale zapragnął jeszcze więcej, bo jak to mówią; apetyt rośnie w miarę jedzenia. Kiedy ludzie przeczuwali nadchodzącą wojnę, Witold Staszewski był już znany na całym świecie, a Rosja postanowiła poznać go jeszcze bardziej. Dostał propozycję pracy w moskiewskim laboratorium wojskowym. Wiedział dobrze, że jest to kraj wrogi, a on był patriotą, ale dowiadując się o proponowanych zarobkach z oferowaną podwyżką, jakiej nigdy nie dostałby w Polsce, jego patriotyzm znikł natychmiast. Wraz z żoną, która była bardzo chętna na nowe zarobki męża, zabrali dziesięcioletnią Marię i ośmioletniego Michała do Moskwy. Już pod nazwiskiem Sorokin, zamieszkali w pilnie strzeżonym apartamencie na wybrzeżu miasta. Żyli tam w spokoju i dostatku, nie odczuwali zbytnio dramatów wojny. Odizolowani od świata nie dostrzegali śmierci wokół nich, słyszeli tylko wybuchy bomb w odległych krańcach miasta, czasem też odgłosy strzelaniny na pobliskiej ulicy. Ich dzieci uczone w domu, nie były w stanie dostrzec kataklizmu świata, jego szybkiego upadku.
Ale co się stanie, kiedy jedno z nich będzie w tym upadku uczestniczyło...
niedziela, 11 stycznia 2015
Prolog
[...] idź wyprostowany wśród tych co na kolanach, wśród odwróconych plecami i obalonych w proch, ocalałeś nie po to aby żyć [...] Bądź wierny. Idź.
Zbigniew Herbert
Skończył się rok 2045, a wraz z nim zniknęła resztka nadziei w sercach ludzi. Kolejne lata dłużyły się im niemiłosiernie, kiedy zamknięci w blaszanych chatach, oczekiwali na koniec wojny, ale on dłużył się wraz z nieskończonymi latami. W roku 2042 wybuchła Trzecia Wojna Światowa, zagłada wszystkiego co żywe. Nazywana Ostatnią Wojną, ponieważ po niej nie pozostało już nic do zniszczenia. Wisiała ona w powietrzu dużo wcześniej, albowiem od kiedy Rosja, uważana za największe mocarstwo świata, chciała odzyskać sprzedaną Stanom Zjednoczonym, Alaskę. Dokonana, w 1867 roku, transakcja, uważana była przez krytyków za nieudaną, myślano, że ta lodowa kraina nie jest potrzebna dla kraju. Zdanie zmienili w latach 90. XIX wieku, kiedy odkryto tam złoża złota i ropy naftowej, które doprowadziły do rozwoju regionu. Już wtedy Rosja żałowała sprzedaży, ale z jej strony nie było publicznej reakcji. Przyszłość pokazała im, że nie warto było wtedy wprowadzać zamętu w świecie. Środowisko stało się tak zanieczyszczone, globalne ocieplenie niszczyło zimną krainę, więc władze Stanów Zjednoczonych zdecydowały o zakazie wydobycia surowców naturalnych w tamtym regionie. Wiele razy starano się znieść ten zakaz, jednak nigdy do tego nie doszło. Rosja czekała cierpliwie, kolejni władcy nie robili nic, by odzyskać Alaskę. Przełom nastąpił z rokiem 2040, największe mocarstwo świata podsuwało Stanom propozycję sprzedaży, ale tamci za każdym razem odmawiali. I tak właśnie Rosja zagroziła wojną, jakiej świat nigdy nie widział. Na samych groźbach się nie skończyło, postanowiła zaatakować. Pierwsze rosyjskie wojska ruszyły w kwietniu 2042 roku, ale prawdziwe piekło zaczęło się w czerwcu, pięknego słonecznego dnia, popołudniowej godziny. Armia amerykańska straciła cierpliwość i odwzajemniła ataki. Rosja zaczęła zbierać sojuszników, to samo zrobiła Ameryka, świat został podzielony na pół. To właśnie Polska jako pierwsza wybrała stronę Stanów, pamiętając dawne krzywdy zadane im przez przeciwników. W ich ślady poszła Francja, Anglia, Niemcy i Hiszpania. Jak się zdawało, drużyna idealna, ale Rosja wraz z jej sąsiednimi państwami, posiadała potężne zasoby broni nuklearnej. Zrzucane na oba kraje bomby, niszczyły wszystko wokół. Śmierć poniosło miliony cywili, mężczyźni szli do wojska, by walczyć za ojczyznę. Kiedy Ameryka i Rosja zostały zniszczone, pozostał tam już tylko popiół i gnijące szczątki ludzi i zwierząt, gdzie ludzie palili swoich bliskich, by choć przez chwilę poczuć ciepło, a bezpiecznie mogliby poczuć się tylko w grobie, wojska przeciwne zaczęły atakować kraje sprzyjające swoim wrogom. Je także zniszczyli. Z jeszcze większą mocą, pełną nienawiści i urazy, bombardowali domy pełne niewinnych ludzi, walczyli między sobą na polach, ulicach, niszczyli lasy, by móc spalić stosy martwych ciał, zabitych podczas walki. Zamożni ludzie uciekali przed wojną na odległe kontynenty i wyspy, jednak i tam dotarła. Z każdym dniem ludzie zapominali z jakiego powodu walczą, twierdzili, że tak po prostu jest i trzeba wypełniać rozkazy, a wypełniali je aż za dobrze.
Skończył się rok 2045, a z dawnego świata nie pozostało już nic. Jest tylko popiół, brud i choroba.
Ludzie nie boją się śmierci. Oni jej pragną.
Jest to wstęp do mojej opowieści, choć może się wydawać to teraz nieciekawe, zapewniam, że z kolejnym rozdziałem cała historia nabiera tempa i zaczyna się ta prawdziwa opowieść, opowieść o której chciałoby się usłyszeć. Mam nadzieję, że przeczytacie kolejne rozdziały i wraz ze mną będziecie do końca podróżować po tym nieprzewidywalnym świecie przyszłości.
Subskrybuj:
Posty (Atom)