sobota, 31 stycznia 2015

2 .Is­tnieje cel, lecz nie ma dro­gi.

Tchórz.
Tak właśnie o ojcu myślała Maria.
Zdrajca.
Maria nie pozostawiała na nim suchej nitki. Wiedziała skąd pochodzi i była z tego dumna. Była Polką. Nie przyznawała się do trzymania strony Polski w towarzystwie ojca, ale kiedy tylko nie było go w pobliżu, śmiało wygłaszała swoje zdanie. Za co srogo karała ją matka. Nie przejmowała się tym. Dobrze znała powód, dla którego jej ojciec zdradził kraj. Dla pieniędzy.
Materialista.
Miała do niego urazę. Owszem kochała go, pamiętała cudowne dziecięce lata, zanim przeprowadzili się do Moskwy. Profesor obdarzał ją i jej brata mnóstwem uwagi i miłości. Wtedy była szczęśliwa i bardzo za tym tęskniła, ale to już czas przeszły. Teraz tata nawet nie próbował rozmawiać, choć chwilę, krótka pogawędka. Wolał pracować i zarabiać. Dziewczyna okropnie się nudziła, siedząc w domu. W czasach wojny dzieci nie chodziły do szkoły, w ogóle się nie uczyły, większość z nich pewnie nie żyła, a rodzice jedli zupę z ich mięsa, bo tylko tak mogli przeżyć. Niektórzy nie byli w stanie się przełamać i umierali z głodu obok swojego najukochańszego dziecka zakopanego w pobliżu. Jej to jednak nigdy nie groziło, miała na dodatek wykształcenie. Prywatny nauczyciel mieszkał na ich posiadłości, by nie ryzykować wyjścia na ulicę. Maria i Michał byli bardzo wykształceni, wiedzą i umiejętnościami wyprzedzali rówieśników. Nauka zajmowała jej czas, dużo czytała, czasem też sama coś pisała. Od kiedy zaczęła grać na pianinie, był to kolejny element wypełniający pusty dzień. Były jednak takie godziny, kiedy nie miała ochoty na żadną z tych rzeczy. Chciałaby mieć koleżanki, wychodzić z nimi na spacery, plotkować, na jej poziomie wykształcenia - dyskutować o nauce. Nienawidziła  wojny i nienawidziła ojca. Było jej szkoda ofiar, było jej szkoda samej siebie. Widziała kiedyś, stojąc w ogrodzie i wisząc na żelaznym ogrodzeniu wokół ich domu, jak doszło do strzelaniny, jak w jej wyniku porywali kobiety i dzieci, jak na jej oczach zostały zabite. Już nigdy więcej nie patrzyła przez ogrodzenie.
Maria słuchała się rodziców, ta dziewczyna to istny anioł, można by rzec. Ale nie do końca. Jedyną, chyba największą jaką mogła popełnić względem ojca i matki zbrodnią, było wyjście poza teren posiadłości. Surowo zabronione, niedopuszczalne wydostanie się za żelazne ogrodzenie. To właśnie robiła Maria. Co kilka dni, oknem umieszczonym z tyłu domu, przedostawała się poza bezpieczny teren i szła w kierunku, przez nikogo wcześniej nieodkrytego, zawaliska kilku budynków, gdzie tylko jeden z nich, malutka chatka, przetrwał. Miejsce to oddalone było od jej domu o jakieś trzy kilometry, gdzie tę drogę pokonywała głównie nocą. Nie bała się niczego, a w szczególności śmierci. Na to było już za późno.
 Miejsce, do którego szła, było wyjątkowe. Rosło tam, tak rzadko już spotykane, drzewo, malutki dąb z kilkoma zaledwie listkami i cienką łodyżką. Dziewczyna dbała o niego jak tylko mogła, ale roślince brakowało słońca. Za każdym razem, kiedy się tam udawała, miała ze sobą dwie dwulitrowe butelki z wodą. Promienie słoneczne nie docierały do ziemi, skutecznie blokowane przez pyły i gazy istniejące w tym zanieczyszczonym powietrzu. Maria przyłapywała się często na rozmowie z drzewkiem, była pewna, że roślinka utrzymuje się tylko dzięki jej miłości. Nadała jej nawet imię. Było to jedyne stworzenie, na którym jej zależało, oprócz brata, z którym była bardzo zżyta. Ten dąb to jej przyjaciel, jej odskocznia od czterech ścian. I broniłaby go bez względu na wszystko.
$$$
Na cyfrowym zegarku w sypialni Marii była druga w nocy. Wszyscy już spali, ale nie ona. Leżała ubrana w ciemne jeansy i kalesony, bo rosyjska zima bywa naprawdę mroźna. Czarna bluza z kapturem była tak gruba, że dziewczyna zaczynała się powoli pocić. Ciepła kurtka wisząca na krześle obok biurka czekała aż za chwilę zostanie użyta, a wypastowane wojskowe buty stały przy łóżku w gotowości. Nastolatka leżała przykryta kocem i rozmyślała. Robiła tak zawsze, kiedy miała się udać do swojej kryjówki. Jej myśli często wędrowały w odległe krainy, spokojne, pełne szczęścia. Tej nocy była w Grecji.Dużo o niej czytała, to znaczy, o miejscu, które kiedyś było Grecją, bo ona już nie istnieje. Zniszczona przez tureckie wojska, dawno zamieniła się w pył. Większość mieszkańców zginęła, a reszta uciekła tam, gdzie ich zdaniem było bezpiecznie. Ale nigdzie nie jest i nie będzie. Spojrzała na zegarek. Już czas. Odrzuciła koc,stawiając nogi na zimnych panelach. Włożyła i starannie zasznurowała buty, narzuciła na siebie kurtkę. Jeszcze tylko skórzane rękawice i wełniana czapka, wszystko w czarnym kolorze. Podeszła do plecaka stojącego pod oknem, postawiła go na biurku i jeszcze raz sprawdziła czy wszystko spakowała. Miała: dwie butelki wody dla swojego drzewka, scyzoryk, szalik, latarkę, kompas, kanapki i herbat. To oznacza, że była gotowa. Zarzuciła go na plecy i ostatni raz spojrzała na swój pokój ogarnięty ciemnością. Potężne łóżko stało naprzeciw okna tak, że kiedy na nim leżała, miała przed sobą wielką panoramę opustoszałego miasta. Często widziała stąd czerwone kule ognia wznoszące się nad niebo, oznaczające wybuchy bomb gdzieś w centrum Moskwy. Nie lubiła tego widoku, nie mogła nawet spojrzeć na gwiazdy, bo pyły unoszące się w powietrzu skutecznie to utrudniały. Mahoniowe biurko tuż obok łóżka służyło jej do odrabiana prac domowych, a szafa pełna ubrań była tylko zapełnieniem tego przestrzennego pomieszczenia. Nie wychodziła poza teren swojego domu, więc zwykle nosiła to samo, przebierając się , kiedy jeden strój był w praniu. Najwięcej miejsca w jej pokoju zajmował czarny fortepian, dość często używany, ale bez jakichkolwiek śladów zniszczeń. W rogu pokoju stała mała maszyna w kształcie prostopadłościanu. pełna różnokolorowych diod, rozjaśniała lekką poświatą pokój. Było to urządzenie przetwarzające dwutlenek węgla w niezbędny do życia tlen. Kiedy duża powierzchnia lasów została wykarczowana, naukowcy zaczęli pracować nad nowymi możliwościami utrzymania życia na Ziemi. Od kilku lat owa maszyna stoi w każdym pokoju bogatego obywatela.
Nawet gdyby Maria postanowiła wyjść i nigdy nie wrócić, to by nie żałowała. I tak nie miała do czego i do kogo wracać. 
Odwróciła się w stronę okna i otworzyła je na oścież. Już wcześniej przygotowana drabinka, czekała tylko na przerzucenie jej przez parapet. Kiedy dziewczyna to zrobiła, ostrożnie po niej zeszła i już na ziemi rozglądnęła się dokoła. Pusto. Wystarczy  tylko przejść przez zasypany śniegiem trawnik i przeskoczyć przez ogrodzenie. Udała się w tamtą stronę po świeżo nasypanym puchu i nagle znieruchomiała. Usłyszała jakiś dziwny dźwięk, ale kiedy rozglądnęła się i zauważyła jej psa merdającego przyjaźnie ogonem, natychmiast się uspokoiła.
- Idź stąd, Eronusie- szepnęła i machnęła ręką.- Buda. Już.
Olbrzymi dog niemiecki posłusznie wrócił na swoje posłanie, był szkolony u najlepszych treserów. Przyjazny dla swoich właścicieli, nie patyczkowałby się z obcym człowiekiem na jego terenie. Nie każdy mógł pozwolić sobie na zwierzę, tylko osoby tak wysoko postawione jak profesor Witold, miały pieniądze i kontakty, aby zdobyć coś tak rzadkiego jak pies. Na ulicach nie było już żadnych zwierząt poza szczurami i karaluchami, bo wszystkie zginęły wraz z ludźmi. Spokojna już Maria, ruszyła w stronę ogrodzenia. Stawiała stopy bardzo powoli i ostrożnie i choć wiedziała, że strażnik nie usłyszałby chrzęstu śniegu z tak daleka, to wolała nie ryzykować. Kiedy stanęła już przy żelaznym murze o wysokości blisko dwóch metrów, nie zastanawiała się długo. Podskoczyła wysoko, złapała się za stożki będące zakończeniem ogrodzenia. Podciągnęła się, jedną nogę przerzuciła przez bramę, potem drugą i skoczyła na śnieżną zaspę. Oprócz wody za kołnierzem, wyszła z tego bez szwanku. Już po drugiej stronie posiadłości, na wolnej przestrzeni, udała się prosto w kierunku zburzonych budynków. Z tej odległości nie widziała tego miejsca, ale idąc wciąż naprzód przez puste białe pole, powoli dostrzegała zarysy okruchów budowli. Po jakichś trzydziestu minutach stanęła przed jedynym ocalałym domkiem. Tworzył go  dach z pospawanych ze sobą kawałków blach i kruszące się czerwone cegły będące ścianami. Nie posiadał on ani drzwi, ani okien, tylko puste po ich otwory. Maria weszła do pomieszczenia, postawiła na podłodze plecak, wyciągając z niego dwie butelki wody i latarkę. Z włączoną już latarką, udała się na lewo od domku, ku zburzonym budynkom. Między nimi znajdowało się jej drzewo. Przykryte stelażem z drutu i szmat, by do końca nie zmarzło, tkwiło tam jak zawsze. Nastolatka podniosła prowizoryczne okrycie i podlała roślinkę. Kiedy skończyła, lekko pogładziła suchy listek dębu.
- Oj, malutka, nie wiem czy przeżyjesz tą zimę. Chyba będzie dla ciebie za ciężka, zresztą sama nie wiem czy ja ją przeżyje. Prędzej strzelę sobie w łeb.- smutno zaśmiała się dziewczyna, powoli wstając- No, wykonałam zadanie, trzymaj się mój dzielny żołnierzu.
Ponownie okryła drzewo stelażem i udała się z powrotem do blaszanego budynku. Będąc już w nim, usiadła na małej ławeczce stojącej pod ścianą. Wyciągnęła z plecaka termos z herbatą i kanapkę. Rozwinęła opakowanie i powoli przeżuwała starą bułkę. Nie przeszkadzało jej, że jadła w nocy, jej matka nie gotowała za często i nie za bardzo przejmowała się burczeniem w brzuchu dzieci. Podkradziona z kuchni bułka ze starym serem i bezsmakowym pomidorem, była w tej chwili smaczniejsza niż najznakomitsze danie. Kiedy skończyła jeść i popiła to wszystko herbatą, uznała, że czas ruszać w drogę powrotną. Zebrała rzeczy i udała się w stronę jej posiadłości. Szła tak i rozmyślała, aż zatrzymała się w pól kroku. Od domu dzieliło ją jakieś dwadzieścia minut, a od drogi, którą przechadzali się ludzie... niewiele mniej.
" Przestań, nawet o tym nie myśl"- skarciła się w myślach Maria. Ale co jeśli udałaby się na tą drogę? Przecież mogliby tam być ludzie, żołnierze utrzymują patrole, uzbrojone pojazdy co raz przemierzają ulice. Tak, ale jeżeli w tym momencie nikogo by nie było? "Przecież to nic wielkiego, krótka chwila, a ja nigdy nie byłam na drodze"- wciąż biła się z myślami-" Ale rodzice... gdyby się dowiedzieli... No cóż, skoro do tej pory niczego się nie domyślili, to czemu mieliby zrobić to teraz?"  Jeszcze krótka wymiana myśli i nastolatka zrobiła krok w stronę zakazanego miejsca. To  było dla niej jak jabłko dla Ewy, a jej wężem był zdradziecki  mózg i zawzięte serce. Szła tak, porównując siebie do biblijnej historii, aż wreszcie pokonała ostatnie metry rozległego pola i jej stopy stanęły na twardym betonowym podłożu. To zadziwiające jak blisko siebie było to śnieżne pole i pole walki, będące ulicą. Tak jak spodziewała się dziewczyna, teren był pusty z wyjątkiem szczura przemieszczającego się między gruzami betonu. Jednak, choć Maria nie zauważyła tu nikogo prócz tego zwierzęcia, postanowiła nie ryzykować i wyciągnęła ze swojego plecaka scyzoryk, który włożyła do kieszeni kurtki. Świecąca nad nią latarnia, ukazywała przestrzeń wokół niej bardzo dokładnie, tak że nastolatka widziała pęknięcia na powierzchni starego i zużytego betonu. Z miejsca w którym stała, widziała dwa końce drogi, z których jeden- ten na lewo, prowadził do centrum miasta, a ten na prawo- na jego obrzeża, gdzie mieszkała. Postanowiła, że uda się do domu ulicą, a nie polem, jak wcześniej. Skręciła, więc w prawo i powolnym krokiem udała się ku posiadłości. Nie zaszła daleko, kiedy usłyszała głośny dźwięk jakby zepsutego traktora. Odwróciła się szybko i natychmiast cała struchlała. W jej stronę, zadziwiająco szybko, pędził czołg. "Głupia, teraz szykuj się na śmierć za swoje błędy"- zdążyła pomyśleć nim strach całkowicie przejął jej zmysły. Jeden jasny przesmyk  mózgu kazał jej szybko uciekać, ale ona nie była w stanie. Na dobry początek zrobiła krok w tył z zamiarem odwrócenia się i, przezwyciężając swoje zdrętwiałe mięśnie, ruszyć biegiem w stronę domu. Ale kiedy cofnęła się, z górnej klapy czołgu wyszedł żołnierz celując w dziewczynę karabinem.
-Не перемещайте или я буду стрелять- zagroził po rosyjsku żołnierz.
Przerażona dziewczyna pod groźbą ostrzału nie miała zamiaru nigdzie uciekać, więc posłusznie stała w miejscu. Przez jej myśl przewinął się dziwny akcent mężczyzny, ale już za chwilę dowiedziała się skąd pochodził.
- Ej, chłopaki!- wrzasnął po polsku do wnętrza pojazdu- Patrzcie, ruska dziewucha. To się nam Maszyna ucieszy. Bierzcie liny i do roboty!
- Wiesz dobrze, że nie jest zadowolony, kiedy sprowadzamy jeńców. No, ale niech ci będzie, w razie problemu ją zastrzelimy. Grzegorz! Bierz te szmaty i idziemy zanim nam ucieknie.- odparł mu przytłumiony głos.
Maria słysząc Polaków pomyślała, że skoro są z tej samej ojczyzny, to może uda jej się jakoś z nimi porozmawiać. Już miała powiedzieć im, że wcale nie jest "ruską dziewuchą", ale mężczyzna z karabinem wyskoczył z czołgu wciąż do niej celując, kiedy tuż za nim wyszli dwaj żołnierze trzymający linę i kawałek materiału. Stała nieruchomo, obawiając się, że kiedy się poruszy, zostanie przeszyta serią z karabinu. Żołnierze w tym czasie zaczęli obwiązywać jej nogi i ręce, zakneblowali jej usta, a na koniec zasłonili oczy. Zobaczyła tylko ciemność i poczuła, że ktoś brutalnie zarzuca ją na plecy. Tego było już za wiele. Siedzący w niej strach momentalnie stracił na sile, a jego miejsce zastąpił gniew.

sobota, 17 stycznia 2015

1.Pieniądz jest dobrym sługą, ale złym panem.

(…) wolność ma wysoką cenę, równie wysoką jak niewola. Jedyna różnica polega na tym, że tę cenę płaci się z przyjemnością i z uśmiechem, nawet jeśli czasem bywa to uśmiech przez łzy.
Paulo Coelho


Profesor Witold Soroszewski, w Rosji znany pod nazwiskiem Sorokin, urodził się na początku dwudziestego wieku w Poznaniu, mieście na terenie Polski. Już w czasach gimnazjalnych wykazywał szczególne zainteresowanie bronią palną. Zbierał czasopisma  poświęcone tej tematyce, uczęszczał do klubu strzeleckiego, gdzie zdobywał liczne nagrody. Jego zamiarem nie było korzystanie z broni, chciał ją tworzyć. W tym celu wybrał się na studia do Warszawy. Zostawił ojca- zmęczonego życiem alkoholika, i matkę- zmęczoną tyraniem za dwóch, by wykarmić męża i dziesięcioletnie bliźniaczki. Witold był kelnerem, potrafił na siebie zapracować, a i rodzinie nie pozostał dłużny. Dzięki niemu bliźniaczki miały podręczniki do szkoły i od czasu do czasu- po batoniku. Jednak wizja marnego życia z rodziną zniszczoną przez wódkę i  ogromna pasja do broni, zdecydowały o jego przeprowadzce, natychmiast po skończeniu szkoły licealnej. Posiadając zaledwie wartość podwójnej pensji najniższej krajowej, pociągiem zajechał aż na Wydział Mechatroniki i Lotnictwa, gdzie dostał się już wcześniej. Wybrał specjalność związaną z uzbrojeniem i materiałami wybuchowymi. W Warszawie miał wujka, który chętnie zgodził się na przyjazd Witolda, ale miał warunek- chłopak musiał na siebie zapracować. I zapracował. Od poniedziałku do piątku tyrał na uczelni, a w weekendy w restauracji wuja. Znał się na tym, dlatego wuj bardzo cenił sobie jego pracę. Na studiach wykazywał się wielką inteligencją, zdeterminowaniem i talentem, co zaowocowało  stanowiskiem profesora na tej właśnie uczelni. Kiedy wprowadzał się do nowego mieszkania w centrum miasta, dostał wiadomość z rodzinnego Poznania, informującą o śmierci ojca, który postanowił ze sobą skończyć. Powiesił się na drzewie czereśni rosnącej w ogrodzie ich domu. Ale Witold nie pojawił się na pogrzebie. Nie mógł. Pamiętał awantury wywołane brakiem flaszki w lodówce, pamiętał ile razy dostał w twarz za niechęć do wyrecytowania wierszyka przy znajomych taty, kiedy dorósł, za obronę matki. Po prostu nie mógł. Jego matka rozumiała, siostry też nie miały mu za złe, szczególnie kiedy na ich konto wpływały co miesiąc pieniądze od dobrego synka i brata. Po tym wydarzeniu profesor zabrał się intensywniej do pracy, a mianowicie zaczął projektować swój pierwszy prototyp  karabinu wojskowego. Przedsięwzięcie było utrzymywane w sekrecie, jednak rząd dowie się o wszystkim. Soroszewski spodziewał się sprawy sądowej, jednak tajny wydział NOM, czyli Narodowej Organizacji Militarnej, postanowił o jego zatrudnieniu w ich szeregach.
 Profesor pracował tam dopiero od roku, a już stworzony przez niego karabin, właśnie przechodził testy i miał wkrótce trafić na rynek wojskowy. Naukowiec został nieoficjalnie ogłoszony geniuszem  roku 2029. Tego samego roku wraz ze swoimi współpracownikami, pojawił się na konferencji w Nowym Jorku, mającej na celu przeprowadzenie dyskusji na temat wprowadzenia nowego typu amunicji. I tam właśnie Soroszewski poznał Anetę- asystentkę jednego z zagranicznych naukowców. Aneta pochodziła z Polski, ale mieszkała w Anglii. Ta piękna kobieta o szczupłej figurze i kasztanowych, krótko ściętych włosach, zatrzęsła światem profesora. Zaczarowały go jej szare oczy i ujmujące dołeczki w policzkach, a kiedy ją lepiej poznał- także osobowość. Aneta była pełną życia i optymizmu, dwudziestosiedmioletnią kobietą. Rozjaśniała ponure życie Witolda. Niedługo potem postanowili, że zamieszkają razem w Warszawie, a po roku szczęścia, wzięli ślub. 12 marca 2031 roku na świat przyszło ich pierwsze dziecko. Malutka Maria była równie piękna co jej matka. Odziedziczyła po niej kasztanowe włosy, stalowe oczy i dołeczki w policzkach, zaś po ojcu pełne usta i niewielki nos. Po narodzinach Aneta zrezygnowała z kariery, myśląc, że kiedyś wróci do zawodu, ale kiedy dwa lata później urodził się Michał, dała sobie spokój. Chłopiec bardzo przypominał swojego ojca, miał gęste czarne włosy, zielone oczy i podobny do siostry mały nos. Tej szczęśliwej rodzinie niczego nie brakowało: kochający się rodzice, wspaniałe dzieci, wysokie zarobki. Profesor cieszył się ojcostwem, jednak przeszkadzały mu zarobki. Kiedy kariera jego żony spełzła na niczym, on piął się w górę. Jego projekty wprowadzane w życie przynosiły i tytuły, i premie, ale zapragnął jeszcze więcej, bo jak to mówią; apetyt rośnie w miarę jedzenia. Kiedy ludzie przeczuwali nadchodzącą wojnę, Witold Staszewski był już znany na całym świecie, a Rosja postanowiła poznać go jeszcze bardziej. Dostał propozycję pracy w moskiewskim laboratorium wojskowym. Wiedział dobrze, że jest to kraj wrogi, a on był patriotą, ale dowiadując się o proponowanych zarobkach z oferowaną podwyżką, jakiej nigdy nie dostałby w Polsce, jego patriotyzm znikł natychmiast. Wraz z żoną, która była bardzo chętna na nowe zarobki męża, zabrali dziesięcioletnią Marię i ośmioletniego Michała do Moskwy. Już pod nazwiskiem Sorokin, zamieszkali w pilnie strzeżonym apartamencie na wybrzeżu miasta. Żyli tam w spokoju i dostatku, nie odczuwali zbytnio dramatów wojny. Odizolowani od świata nie dostrzegali śmierci wokół nich, słyszeli tylko wybuchy bomb w odległych krańcach miasta, czasem też odgłosy strzelaniny na pobliskiej ulicy. Ich dzieci uczone w domu, nie były w stanie dostrzec kataklizmu świata, jego szybkiego upadku. 
Ale co się stanie, kiedy jedno z nich będzie w tym upadku uczestniczyło...

niedziela, 11 stycznia 2015

Prolog



[...] idź wyp­rosto­wany wśród tych co na ko­lanach, wśród od­wróco­nych ple­cami i oba­lonych w proch, oca­lałeś nie po to aby żyć [...] Bądź wier­ny. Idź. 
Zbigniew Herbert


Skończył się rok 2045, a wraz z nim zniknęła resztka nadziei w sercach ludzi. Kolejne lata dłużyły się im niemiłosiernie, kiedy zamknięci w blaszanych chatach, oczekiwali na koniec wojny, ale on dłużył się wraz z nieskończonymi latami. W roku 2042 wybuchła Trzecia Wojna Światowa, zagłada wszystkiego co żywe. Nazywana Ostatnią Wojną, ponieważ po niej nie pozostało już nic do zniszczenia. Wisiała ona w powietrzu dużo wcześniej, albowiem od kiedy Rosja, uważana za największe mocarstwo świata, chciała odzyskać sprzedaną Stanom Zjednoczonym, Alaskę. Dokonana, w 1867 roku, transakcja, uważana była przez krytyków za nieudaną, myślano, że ta lodowa kraina nie jest potrzebna dla kraju. Zdanie zmienili w latach 90. XIX wieku, kiedy odkryto tam złoża złota i ropy naftowej, które doprowadziły do rozwoju regionu. Już wtedy Rosja żałowała sprzedaży, ale z jej strony nie było publicznej reakcji. Przyszłość pokazała im, że nie warto było wtedy wprowadzać zamętu w świecie. Środowisko stało się tak zanieczyszczone, globalne ocieplenie niszczyło zimną krainę, więc władze Stanów Zjednoczonych zdecydowały o zakazie wydobycia surowców naturalnych w tamtym regionie. Wiele razy starano się znieść ten zakaz, jednak nigdy do tego nie doszło. Rosja czekała cierpliwie, kolejni władcy nie robili nic, by odzyskać Alaskę. Przełom nastąpił z rokiem 2040, największe mocarstwo świata podsuwało Stanom propozycję sprzedaży, ale tamci za każdym razem odmawiali. I tak właśnie Rosja zagroziła wojną, jakiej świat nigdy nie widział. Na samych groźbach się nie skończyło, postanowiła zaatakować. Pierwsze rosyjskie wojska ruszyły w kwietniu 2042 roku, ale prawdziwe piekło zaczęło się w czerwcu, pięknego słonecznego dnia, popołudniowej godziny. Armia amerykańska straciła cierpliwość i odwzajemniła ataki. Rosja zaczęła zbierać sojuszników, to samo zrobiła Ameryka, świat został podzielony na pół. To właśnie Polska jako pierwsza wybrała stronę Stanów, pamiętając dawne krzywdy zadane im przez przeciwników. W ich ślady poszła Francja, Anglia, Niemcy i Hiszpania. Jak się zdawało, drużyna idealna, ale Rosja wraz z jej sąsiednimi państwami, posiadała potężne zasoby broni nuklearnej. Zrzucane na oba kraje bomby, niszczyły wszystko wokół. Śmierć poniosło miliony cywili, mężczyźni szli do wojska, by walczyć za ojczyznę. Kiedy Ameryka i Rosja zostały zniszczone, pozostał tam już tylko popiół i gnijące szczątki ludzi i zwierząt, gdzie ludzie palili swoich bliskich, by choć przez chwilę poczuć ciepło, a bezpiecznie mogliby poczuć się tylko w grobie, wojska przeciwne zaczęły atakować kraje sprzyjające swoim wrogom. Je także zniszczyli. Z jeszcze większą mocą, pełną nienawiści i urazy, bombardowali domy pełne niewinnych ludzi, walczyli między sobą na  polach, ulicach, niszczyli lasy, by móc spalić stosy martwych ciał, zabitych podczas walki. Zamożni ludzie uciekali przed wojną na odległe kontynenty i wyspy, jednak i tam dotarła. Z każdym dniem ludzie zapominali z jakiego powodu walczą, twierdzili, że tak po prostu jest i trzeba wypełniać rozkazy, a wypełniali je aż za dobrze. 
  Skończył się rok 2045, a z dawnego świata nie pozostało już nic. Jest tylko popiół, brud i choroba.
Ludzie nie boją się śmierci. Oni jej pragną.





Jest to wstęp do mojej opowieści, choć może się wydawać to teraz nieciekawe,  zapewniam, że z kolejnym rozdziałem cała historia nabiera tempa i zaczyna się ta prawdziwa opowieść, opowieść o której chciałoby się usłyszeć. Mam nadzieję, że przeczytacie kolejne rozdziały i wraz ze mną będziecie do końca podróżować po tym  nieprzewidywalnym świecie przyszłości.